A zamiast Cypru Riwiera

10/08/2014

Nie ma tego złego... Czyli o tym jak to z Antiochii trafiliśmy na Turecką Riwierę, że fajnie jest wrócić na stare śmieci i o pewnej tureckiej tradycji.

SONY DSC

Do Hatayu dotarliśmy około 6 rano. Już zaczęliśmy się zbierać do wymarszu z dworca, gdy jakiś młody chłopak powiedział nam, że jest przecież servis do centrum. Jest to darmowy transport na trasie centrum-otogar-centrum oferowany przez większe firmy autobusowe w wielu tureckich miastach. Ot taki bonus ułatwiający walkę o klienta. Jakoś wepchnęliśmy się do busa pełnego wąsatych jegomościów w białych koszulach, lekko przyszerokich spodniach w kancik i przyklapniętych mokasynach. Każdy kawałek przestrzeni pomiędzy nimi wypełniony był pakunkami, torbami i workami. Głównie cukier w kostkach. Wszyscy wysiedli nieopodal miejsca, z którego odjeżdżają minibusy do Aleppo. To raptem 120 kilometrów. Jak z Lublina do Sandomierza. Miasta oddziela pasmo gór. Czasem po zachodniej, tureckiej stronie słychać echa walk na wschodnich, syryjskich stokach.

SONY DSC SONY DSC

Antiochia, bo to w niej się znaleźliśmy, nie wyglądała zbyt zachęcająco. Do tego pogoda była naprawdę paskudna i nie zanosiło się na to żeby w ciągu najbliższych kilku dni coś się miało zmienić. Co najgorsze na Cyprze nie wyglądało to wcale lepiej. Cały plan na spędzenie ostatnich dni podróży w tych okolicach i na Cyprze Tureckim wziął więc w łeb. Mieliśmy smażyć się na plaży i błogo leniuchować, a tu ciemne chmury wiszą na niebie i co chwilę pada deszcz. Sama Antiochia w końcu przypadła nam do gustu choć przy panującej wśród tutejszych hotelarzy pazerności nie warta była noclegu. Cypr bez plażowania też nie zachęcał. Na całej mapie pogodowej tureckiego wybrzeża tylko jedno miejsce cieszyło się słońcem – Antalya. Zwiedziliśmy więc co było do zwiedzenia, kupiliśmy co było do kupienia (głównie mydło z olejkiem laurowym, z którego słynie pobliskie Daphne) by następnie udać się na otogar. Tam w iście lewantyńskim stylu odbyła się wojna o klienta, jednak nie ulegliśmy przeważającym siłom wroga i to my wybraliśmy przewoźnika, a nie on nas. Wyjazd 17:30, na miejscu punkt ósma. Jako że było wczesne popołudnie udaliśmy się do pobliskiego centrum handlowego na rozpoznanie, jedzenie i by się trochę odświeżyć. Tutaj znów uderzyło nas to, że w Turcji tworzy się przestrzeń publiczną dla ludzi. Ot choćby wydzielona część dla dzieci w krystalicznie czystych toaletach gdzie malutkie zielone kibelki i umywaleczki zamontowane na wysokości naszych kolan aż zapraszały maluchy żeby z nich skorzystać. Wczesny obiad zjedliśmy na tarasie z widokiem na góry oddzielające Hatay od Syrii. Przeglądając nasze bilety zorientowaliśmy się, że pracownik firmy przewozowej błędnie wpisał nazwę miasta docelowego i zamiast Antalyi mamy bilety do leżącej sporo bliżej Alanyi. Wróciliśmy więc na dworzec by skorygować pomyłkę. Nie było z tym żadnego problemu, a całej procedurze towarzyszyło powtarzane jak mantra – I’m sorry, Sir.

SONY DSC

Dźwięk klaksonów. Jest ich coraz więcej. Słyszymy bębny. Po chwili dołącza się do nich przenikliwy dźwięk jakiegoś instrumentu dętego. Zaraz potem do głównego hallu dworca wchodzi pokaźna grupa ludzi. Pomiędzy nimi, młody chłopak okryty turecką flagą i grupka maluchów przebranych w mundury wojskowe. Od razu kierują się na peron gdzie pomiędzy autobusami, trzymając się za ręce formują półkole, które zaczyna się bujać i przesuwać w rytm muzyki. To najpewniej khigga, taniec przypominający bałkańską horę, czy greckie syrtos. Po chwili sytuacja powtarza się i na dworzec przybywa kolejna grupa. Zaraz potem następna. W pewnym momencie konkuruje ze sobą chyba z pięć orkiestr. Obok praktycznie każdego autobusu jadącego na zachód tańce. Kobiety płaczą, mężczyźni robią sobie zdjęcia z odprowadzanymi chłopcami. Gdy zbliża się godzina odjazdu ci zasiadają na najlepszych miejscach w autobusie, tuż za kierowcą. Aby je zdobyć bilety musiały być kupione z wielodniowym wyprzedzeniem. Przy naszym autobusie podobne przedstawienie. Nagle przed ojcem chłopaka klęka bębniarz i zaczyna bić w davul ze zdwojoną siłą. Nad jego głową drugi muzykant dmie w zurmę. Ojciec płacze, ktoś z rodziny wkłada za pazuchę klęczącego muzyka pieniądze. Zbliża się godzina odjazdu. Kondukt pożegnalny odchodzi. Muzycy przestają grać, a my wyruszamy na zachód wraz z chłopakiem, który został powołany do wojska. W Turcji służba wojskowa jest obowiązkowa, trwa 18 miesięcy i zwyczajowo wysyła się poborowych na drugi koniec kraju, a że kraj jest wielki to i smutek podczas pożegnania ogromny.

SONY DSC

Kolejna noc z rzędu w autokarowym fotelu. Echa syryjskiej wojny domowej zostały daleko za nami. Zaraz po ósmej rano wysiedliśmy na dworcu autobusowym w Antalyi, tureckiej stolicy all inclusive. Piętnaście minut później siedzieliśmy już w dolmuşu pędzącym w kierunku Çıralı. Byliśmy tam razem 6 lat temu podczas naszej pierwszej wspólnej podróży. Postanowiliśmy spędzić tam noc, naładować akumulatory na przepięknej plaży, wygrzać kości i zastanowić się co dalej. Przed sezonem pusto. Na plaży prawie nikogo, w każdym pensjonacie wolne miejsca. Pyszna kolacja i najlepsze śniadanie jakie jedliśmy w Turcji. Kochamy te tureckie śniadania, a to było zjawiskowe. Chrupiące rurki z ciasta filo nadziewane serem, domowe konfitury i uśmiech krzątającej się w ogrodzie Pani Domu. Jest też internet co pozwala nam opracować plan. Plan jest prosty i dlatego musi się udać. Jedziemy jakieś 240 km na południowy zachód do Kaş i tam zakładamy bazę do końca wyjazdu. Dlaczego akurat tam? Moje rozumowanie wyglądało tak, że po pierwsze wszystko między Antalyą a Çıralı to jeden wielki ludzki śmietnik wypełniony rosyjskimi dorobkiewiczami i brytyjskim proletariatem. Na zachodnim krańcu Półwyspu Teke, który ciągnie się od Antalyi na wschodzie do Fethiye na zachodzie znajduje się kolejne skupisko, tym razem bardziej młodzieżowych kurortów. Na samym czubku owego półwyspu, w najbardziej wysuniętym na południe kawałku Turcji położone jest miasteczko o nazwie Kaş. Nie ma tam plaż, nie ma tam hoteli mogących pomieścić tysiące bladych ciał i do obydwu portów lotniczych obsługujących ruch czarterowy jest ponad trzy godziny drogi. Jest to jedno z nielicznych miasteczek Riwiery Tureckiej, które nie zostało zabetonowane. Rozlało się naturalnie u podnóża góry na wprost cypla tworzącego po obu jego stronach naturalny port. Dokładnie na wprost greckiej wyspy Kastelorizo położonej jakieś dwa kilometry w głąb morza. Zresztą przed wymianą ludności z Grecją z końca lat 20. XX wieku było to miasteczko w pełni greckie co doskonale widać w jego urokliwej zabudowie. Żeby było mało to w zasięgu jednodniowych wycieczek znajdują się dwie najpiękniejsze plaże Turcji. Ideał. :)

8-IMAG0051