Urfa – tam gdzie narodził się świat jaki znamy

06/07/2014

10 tys. lat historii – to robi wrażenie. Gdy doda się do tego magiczną atmosferę i serdecznych ludzi powstanie obraz miejsca, do którego aż chce się wrócić.

Feed The Carp - Urfa

Na kolację szaszłyk z kurczaka. Jest już grubo po północy. Otwarte są tylko dwie cukiernie i ta nieszczęsna knajpa. Ance nie smakuje. Je tylko chleb i sałatę. Jesteśmy zmęczeni i rozdrażnieni. Stwierdzamy, że jednak nocleg kosztuje nas fortunę. Jest sobota, wszystkie tańsze hotele zapchane po brzegi, bo Urfa w weekendy pełna jest pielgrzymów. W tym najtańszym były jeszcze miejsca. Nic dziwnego bo atmosfera rodem z psychuszki, w której Bułhakow zamknął Mistrza. Gdy godzinę wcześniej szliśmy główną ulicą w kierunku bazaru, gdzieś na wysokości Ulu Camii zaczepił nas młody chłopak.
– Szukacie hotelu? Dalej już żadnego nie ma, dalej jest tylko bazar i ryby Abrahama – powiedział.
– OK, dzięki – odburknąłem jak to mam w zwyczaju gdy ktoś mnie zaczepia jak coś mi nie idzie albo jak jestem głodny. Teraz nie dość, że nie możemy znaleźć noclegu to jeszcze mi żołądek do krzyża przyrasta. Ostatni w miarę normalny posiłek to był lahmacun zjedzony jeszcze w Diyarbakır, czyli koło południa. Chłopak nie odpuszczał. Ania chciała podtrzymać konwersację. On lekko onieśmielony jej otwartością wciąż zwracał się do mnie. Już chciałem go pogonić, gdy powiedział, że jest z Syrii.
Syria boom, boom – dodał jednocześnie zamaszystym gestem pokazując jak wybuchają bomby. Czy to infantylne określenie sytuacji jaka tam panuje będzie nas prześladować do końca tej podróży? Podprowadził nas do hotelu, którego wcześniej nie zauważyliśmy. Weszliśmy do środka. Okazało się, że jest jeszcze wolny pokój. Obejrzeliśmy go i zdecydowaliśmy się zostać. Pożegnaliśmy się więc z naszym rozmówcą i rozpoczęliśmy targi o cenę. Recepcjonista dwukrotnie konsultował się z przełożonym aż w końcu przystał na naszą ofertę. Wciąż drogo, ale co tam. Należy się nam, w końcu to podróż poślubna.

Harran

Rano pobudka. Śniadanie i jedziemy do Harran. Droga, prosta jak drut zmierza w kierunku granicy z Syrią. Cel naszej podróży położony jest od granicznego miasteczka Akçakale o niecałe 20 km. Do niedawna pustynne tereny pocięte są szachownicą pól oddzielonych od siebie kanałami irygacyjnymi. To zasługa Projektu Południowo-Wschodnia Anatolia (tur. Güneydoğu Anadolu Projesi, w skrócie GAP), systemu ponad 20 tam na Eufracie i Tygrysie, którego głównym elementem jest zapora Atatürka i stworzone przez nią sztuczne jezioro o tej samej nazwie. Ma on na zawsze odmienić wizerunek tego regionu tak ekonomicznie jak i kulturowo. Czy warto było przesiedlać kilkadziesiąt tysięcy ludzi i zatopić miejsca o niebagatelnym znaczeniu dla historii, nie tylko zamieszkujących te tereny Kurdów i Ormian ale cywilizacji śródziemnomorskiej w ogóle? Tego dowiemy się pewnie dopiero za kilkanaście lat, gdy mierzalne staną się długofalowe skutki tego niebywale złożonego projektu.

Aleppo Gate – Harran

Dolmuş zatrzymał się na wprost liczącej blisko półtora tysiąca lat Bramy Aleppo, najlepiej zachowanej części murów miejskich, których obecny kształt zawdzięczamy cesarzowi Justynianowi. Zaraz po jej przekroczeniu wspinamy się na rozległe wzgórze. Doskonale widać z niego pozostałości najstarszego meczetu w Anatolii oraz starą osadę usianą charakterystycznymi domami przypominającymi wbite w ziemię, olbrzymie piłki do rugby. Ponoć budowane są w taki sam sposób od tysięcy lat, choć te które można oglądać obecnie mają około dwustu. Samo miasto wspomniane już było w dokumentach z XVIII w. p.n.e. a na pewno istnieje dużo dłużej. Mówi o nim także biblijna Księga Rodzaju jako o miejscu schronienia proroka Abrahama. To na tych terenach udomowiono też pszenicę. Można śmiało powiedzieć, że pogranicze turecko-syryjskie w okolicach Urfy to jest właśnie kolebka świata jaki znamy. Na wzgórzu Göbekli Tepe, obecnie na obrzeżach miasta znajduje się też najstarsze znane miejsce kultu stworzone przez człowieka, którego powstanie datowane jest na 10 tys. lat p.n.e. To jest o 7 tys. lat więcej niż osławione kamienne kręgi Stonehenge! Odwiedzamy prywatny skansen zorganizowany w jednym z gospodarstw gdzie z pieczołowitością odtworzono obejście i wnętrza domostw, tak jak wyglądały sto, dwieście lat temu. Następnie udajemy się do twierdzy, w której ku naszemu (pozytywnemu) zaskoczeniu trwają prace restauratorskie. W ogóle w Turcji korzysta się obecnie ze wzrostu gospodarczego inwestując nie tylko w budowę nowoczesnej infrastruktury ale też w ochronę i zachowanie dziedzictwa kulturowego. Mury i baszty robią na nas ogromne wrażenie. W końcu Harran był istotnym ośrodkiem miejskim jeszcze w czasach krzyżowców, którzy uczynili z niego swą twierdzę.

Time travel – Harran

Gdy wracamy przez wioskę biegnie za nami grupka umorusanych dzieci. Niektóre podchodzą bliżej.
Bir lira! Bir lira! – wołają co bardziej odważne. Nawet tutaj, w relatywnie ubogiej południowo-wschodniej Anatoliii rzadko spotyka się żebrzące dzieci. Te robią to bardziej dla zabawy niż z faktycznej potrzeby. Otaczają nas przecież pola ryżu i bawełny. Czmychają po stanowczym hayır. W drodze powrotnej dolmuş odbija w boczną drogę, która sprawia wrażenie jakby prowadziła donikąd. Minibus zatrzymuje się przed wielką stalową bramą. Po obu jej stronach wieżyczki strażnicze, za którymi ciągnie się betonowy mur zwieńczony spiralą drutu kolczastego. Pierwsze skojarzenie to więzienie, a może jednak jednostka wojskowa? W cieniu okalających kompleks drzew siedzą niewielkie grupki mężczyzn. Grają w karty i tryktraka. Atmosfera jak na pikniku. Wysiada chłopiec z wielką walizką. Wsiada kilku mężczyzn. Następni ładują do środka przenośny klimatyzator zapakowany w fabryczny, przemoczony karton zabezpieczonym plastykowymi taśmami. Nagle olśnienie. To obóz dla uchodźców. Jest ich na terenie Turcji cztery, w Ceylanpınar, Akçakale, Harran i Viranşehir. Przebywa w nich w sumie 200 000 osób. Według szacunków ONZ w Turcji schronienie znalazło ponad 700 000 uchodźców z Syrii. Turecki wicepremier Beşir Atalay mówi o ponad milionie. Po powrocie do Urfy udajemy się jeszcze na wieczornym spacer do parku Gölbaşı. Ten przepiękny kompleks sakralno-wypoczynkowy urzeknie nas do tego stopnia, że spędzimy w nim prawie cały następny dzień. Gdy nieśpiesznie zmierzaliśmy już w kierunku hotelu z tłumu przechodniów wyłonił się chłopak, którego poznaliśmy dzień wcześniej. Krótka wymiana uprzejmości, lakonicznych pytań i nic nie znaczących odpowiedzi.
– To jest mój przyjaciel, też z Syrii – powiedział w pewnym momencie spoglądając na chłopaka idącego obok. – Bomby, bum, bum! – dodał pokazując na skrytą pod opatrunkiem, zmasakrowaną, pozbawioną nosa twarz swojego kolegi. Dla europejczyków Syria to kolejna zapomniana wojna. Tutaj z jej skutkami obcuje się codziennie.

Sacred pond – Urfa

Powodem dla, którego większość podróżnych przybywa do Urfy, starożytnej Edessy jest postać biblijnego Abrahama. U stóp wzgórza, na którym rozsiadła się ogromna górująca nad miastem cytadela znajduje się jaskinia, w której prorok miał przyjść na świat. W miejscu tym wybudowano przepiękny meczet, który dla muzułmanów jest celem pielgrzymek. W okalającym go parku Gölbaşı znajduje się także inne ważne dla wyznawców islamu miejsce, staw pełen karpi, Balıklıgöl. Krąży kilka historii dotyczących jego powstania, wszystkie jednak wiążą go z prorokiem Abrahamem i królem Nimrodem. Angielski historyka William Dalrymple w swojej książce From the Holy Mountain przytacza wersję zasłyszaną od starego imama, różniącą się znacznie od tej spopularyzowanej przez znane przewodniki:

„Ojciec Abraham […] urodził się w jaskini u stóp wzgórza zamkowego, gdzie ukryty był przed jego kasztelanem, Nimrodem Myśliwym. Nimrodowi udało się jednak odnaleźć kołyskę Abrahama i używając dwóch pogańskich kolumn stojących na akropolu jako katapulty wystrzelił dziecko w kierunku stosu rozpalonego u podnóża góry. Na szczęście wszechmogący, widząc że jego boski plan jest zagrożony, zainterweniował zamieniając stos w staw pełen karpi. Karpie, posłuszne boskim nakazom, stłoczyły się by stworzyć coś na kształt tratwy. Pochwyciły dziecię i zaniosły je na brzeg. W podzięce, Abraham obiecał im, że ktokolwiek je zje ten oślepnie.”

(Dalrymple 2004, 74-75)

Wielkie religie monoteistyczne nie wzięły się jednak znikąd. Nie powstały w próżni, stworzone błyskiem świadomości rozpalonej jakimś boskim natchnieniem. Zrodziły się z usystematyzowania zbiorowej pamięci adoptując się do panującej na danym terenie tradycji. Podobne zbiorniki wodne rozsiane były po całym starożytnym Bliskim Wschodzie będąc miejscami kultu syryjskiej bogini płodności Atargatis, której wykastrowani kapłani zajmowali się tym przybytkiem, aż do czasów gdy w Edessie zapanowało chrześcijaństwo i powiązało to miejsce ze starotestamentowym prorokiem. Podczas I wyprawy krzyżowej miasto było stolicą hrabstwa Edessy, pierwszego z państw łacińskich utworzonych na Bliskim Wschodzie przez awanturników z Europy. Jego upadek po niecałym pół wieku istnienia był bezpośrednią przyczyną zorganizowania przez papiestwo II krucjaty, wyprawy która okazała się być totalną klęską.

Urfa

Nieopodal wejścia do parku podchodzi do nas schludnie ubrana dziewczynka. Ma na sobie płaszczyk w stylu irańskim, a na głowie starannie upięty brązowy hidżab. Zawstydzona wskazuje na Anię, potem na aparat. Prosi w ten sposób o wspólne zdjęcie. Woła ojca. Ten bierze jej telefon, przymierza się i pstryka. Gdy odchodzimy Ania kątem oka spostrzega, że mała jest wściekła i mocno gestykulując krzyczy na swojego tatę. Idziemy na bazar, ciąg zadaszonych uliczek powstałych jeszcze za czasów Sulejmana Wspaniałego. Kolejny raz przychodzi mi do głowy myśl, że to nie Amerykanie wymyślili galerie handlowe. Krytym bliskowschodnim bazarom przyświeca przecież ten sam cel aby w miejscu gdzie kupić można praktycznie wszystko spędzać także czas wolny, zjeść i spotkać się z przyjaciółmi. W końcu daję się Ani namówić aby mój kiedyś-biały, poplamiony chyba wszystkimi sosami jakie zna świat, indyjski szal zamienić na nowiutką kurdyjską kefiję. Potem jeszcze güveç na lunch i idziemy wdrapać się na wzgórze, by z bliska zobaczyć górującą nad miastem cytadelę. Olbrzymie średniowieczne mury z czasów panowania arabskich Abbasydów i przepastna fosa je okalająca robią na nas ogromne wrażenie, podobnie jak panorama miasta ścieląca się pod nami. Szkoda tylko, że nie można wejść na teren twierdzy, pod strzeliste kolumny, z których to Nimrod miał zrobić katapultę. Zdaję się, że nikt tu specjalnie nie przejmuje się faktem, że od czasów starotestamentowych proroków dzieli je prawie 2 tys. lat i prędzej pamiętają czasy Jezusa niż wieżę Babel. Kolejny epizod z biblii związany z panowaniem babilońskiego króla Nimroda. Gdy siedzimy u stóp twierdzy Syria znów nie daje nam o sobie zapomnieć. Podchodzi do nas trójka młodych ludzi. Biała dziewczyna będąca prowodyrem całego zajścia i para czarnoskórych. Zaczynamy rozmawiać po angielsku. Okazuje się, że są stypendystami na tutejszym uniwersytecie. Inicjatorka spotkania pochodzi z położonego 200 kilometrów na południowy-zachód syryjskiego Aleppo, jej towarzysze z Kenii (ona) i Nigerii (on). Żalą się, że mało kto mówi tu po angielsku i przez to mają poważne problemy z komunikacją. Także na uniwersytecie. Dowiadujemy się też, że niezbyt często można tu spotkać europejskich turystów i że nawet jak na syryjskie i afrykańskie standardy Urfa to niemiłosiernie upalne miasto. Faktycznie jest to najgorętsze miejsce w Turcji. Latem temperatury dochodzą tu do 55 stopni. W tej chwili jest sporo powyżej 30, a przecież to dopiero początek maja. Potem spotykamy ich jeszcze w parku na dole gdy witają się z grupką tureckich rówieśników.

SONY DSC

Jakąś godzinę później przechodziliśmy obok miejsca gdzie Ania robiła za fotograficzną ciekawostkę. Podbiega do nas ta sama dziewczynka. Za chwilę dołącza jej młodsza siostra. W biały hidżab ma wpiętą ciemnoczerwoną różę. Wygląda uroczo.
Bitte – mówi starsza jednocześnie pokazując na aparat. To jedyne słowo jakie zna w obcym języku. Robię zdjęcia. – Baba – dodaje pokazując na ojca siedzącego na ławce. Kiwamy głowami z aprobatą. Baba podchodzi. Gestem zapraszamy też matkę. Robię wszystkim strażackie zdjęcie.
Syria boom, boom – mówi ojciec wskazując na rodzinę, a następnie na miejsce, w którym się znajdujemy. Gestami próbuje opisać, że przybyli tu nie jako pielgrzymi lecz jako uchodźcy zmuszeni do tego sytuacją w swym rodzinnym mieście. Pochodzą z Homs. To tam toczą się najcięższe walki. Próbujemy nawiązać konwersację. Zna kilka słów po niemiecku. To tłumaczy dlaczego prośba dziewczynki wyartykułowana została w tym języku. Po jakimś czasie żegnamy się serdecznie z całą rodziną. Resztę dnia, wzorem mieszkańców spędzamy rozłożeni pod drzewem. Tradycja rodzinnych pikników jest wciąż żywa w praktycznie każdym tureckim mieście. Jakby osiadli Turcy w ten sposób wspominali swe koczownicze pochodzenie. Piękne skwery i zadbane parki sprzyjają takiej formie spędzania wolnego czasu. Przestrzeń publiczna jest przecież dla ludzi. Chodzi o to żeby z niej korzystać, by być wśród swoich, a nie gnuśnieć zamkniętym w czterech kątach.