Turcja – niekończąca się przygoda

24/05/2014

Wielu z Was pewnie zapyta dlaczego wciąż wracamy do Turcji? Jest przecież na świecie tyle miejsc do zobaczenia. Może ten wpis choć trochę to wyjaśni.

SONY DSC

Temat kolejnej podróży do Turcji wisiał nad nami już od jakiegoś czasu. Nasz poprzedni wypad do tego kraju to była stambulska majówka 2012 roku, która mimo że umożliwiła nam głębsze spenetrowanie tej wielkiej metropolii to pozostawiła w nas spory niedosyt wszystkiego co tureckie. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że gigant stojący w rozkroku między Azją a Europą jest taką Turcją w pigułce. Od konserwatywnych, przywodzących na myśl wschodnie rubieże kraju dzielnic Fatih i Eyüp gdzie pochowano chorążego Mahometa, po tętniące życiem, na wskroś europejskie dzielnice położone po północnej stronie Złotego Rogu i ogromną część azjatycką, która rozlała się w głąb Anatolii nowoczesnymi osiedlami mieszkaniowymi odkąd na początku lat 70. wybudowano pierwszy most na Bosforze. Obecnie blisko 1/3 z ponad czteromilionowej populacji tej części miasta przemieszcza się codziennie na europejską stronę, która wciąż jest ekonomicznym sercem olbrzyma zamieszkanego przez prawie 15 milionów ludzi. Pomysł tamtego majowego wypadu zrodził się dość spontanicznie, pod wpływem noworocznej promocji LOTu choć ziarno zostało zasiane już wcześniej.

SONY DSC SONY DSC

To chyba po powrocie z Indii zaczęliśmy rozmawiać coraz więcej o Turcji i ludziach ją zamieszkujących porównując ich zachowania do Hindusów, którzy nieźle dali nam w kość. Zresztą nawet podczas indyjskiej eskapady nieraz przypominały mi się anatolijskie krajobrazy. Nawet w magicznej dolinie Nubra położonej pomiędzy Himalajami a Karakorum zdarzyło mi się pomyśleć, że chyba już żadne góry nie zrobią na mnie takiego wrażenia jak pierwsze spojrzenie na wschodzące słońce wyłaniające się zza majestatycznego wierzchołka Araratu. Z kolei wijąca się w górę Himalajów droga z Kaszmiru do Ladakhu jakoś nie mogła zrobić na mnie takiego wrażenia jak nasz szalony rajd do położonego w sercu Kurdystanu Hakkari i dalej w kierunku granicy z Irakiem. Potem podróżując przez wysokogórskie pustkowia boliwijsko-chillijskiego pogranicza zdarzyło mi się powiedzieć: „jeżeli chodzi o erozję skał wulkanicznych to taka uboga krewna Kapadocji”. Nie bez znaczenia jest też fakt, że podróż do Turcji, którą odbyliśmy w 2008 roku była naszą pierwszą wspólną. Zwiedziliśmy wtedy właśnie Kapadocję, w której byłem już po raz drugi i koniecznie chciałem ją pokazać Ani razem z nadmorskim Çıralı i położoną nieopodal Chimerą oraz wschodnią część tureckiego Kurdystanu aż po irańskie i irackie pogranicze. Może to właśnie dlatego Turcja jest dla nas miejscem magicznym? Dla mnie dodatkowo zawsze była tą wyśnioną krainą, zrodzoną z opowieści matki, która odwiedzała Stambuł w latach 70. i nawiozła stamtąd masę artefaktów oraz z niezliczonych książek i filmów, w których pojawiało się to magiczne miasto nad Bosforem usiane minaretami gdzie Zachód spotyka się ze Wschodem. Po raz pierwszy dane mi było odwiedzić je w 2004 roku podczas pierwszej podróży do Turcji. To moje miasto – pomyślałem gdy tylko moja stopa stanęła na stambulskim bruku.

SONY DSC SONY DSC

Miejsca to przecież nie tylko krajobrazy ale przede wszystkim odczucia, a te to głównie sprawka nas samych i naszych interakcji z innymi. W Turcji urzekły nas więc nie tylko krajobrazy i bogata historia terenów jakie obecnie zajmuje ale przede wszystkim ludzie. Ich sposób bycia, stosunek do otaczającej rzeczywistości, to w jaki sposób traktują innych i to jak traktują samych siebie. To że przestrzeń publiczna tworzona jest dla ludzi i to że swój los kształtuje się ciężką pracą. Oczywiście zawsze znajdą się chętni do oskubania naiwnego turysty, ale wystarczy skręcić w boczną uliczkę, zejść z utartego szlaku, włożyć odrobinę wysiłku w nauczenie się tych kilku zwrotów w ich ojczystym języku by znaleźć się w świecie życzliwości i szacunku o jakim w zachodniej Europie można tylko pomarzyć. Przejawów bezinteresownej pomocy i gościnności jakich doświadczyliśmy podczas naszych wszystkich tureckich eskapad było bez liku. Trzeba też koniecznie wspomnieć o tym, że Turcja jest krajem nowoczesnym i dość zamożnym. Oczywiście jak każdy kraj tak dynamicznie rozwijający się ma też swoje problemy. Boryka się z autorytarną władzą, która bez skrupułów sięga po środki przymusu bezpośredniego i cenzurę, której najbardziej banalnym przejawem było to, że nie mogliśmy skorzystać z serwisów Youtube (to rozumiem) i Mixcloud (tego nie rozumiem). Na szczęście dla nas i przede wszystkim młodych Turków najpopularniejsze serwisy społecznościowe i informacyjne działały bez zarzutu. Zarzewiem konfliktów wewnętrznych pozostaje też kwestia mniejszości narodowych i wciąż tląca się rebelia kurdyjska. Odbija się to bardzo na mieszkańcach wschodniej części kraju. Gdy w Stambule powiemy, że jedziemy do Hakkari, czyli centrum działań Partii Pracujących Kurdystanu nasi rozmówcy najpewniej popukają się w głowę i powiedzą coś w stylu – chyba zwariowaliście, porwą Was, zabiją! Gdy dotrze się już na miejsce napotkani mieszkańcy prosić będą aby mówić wszędzie, że u nich jest spokojnie, że Turcy robią czarny PR, że oni chcą aby turyści do nich przyjeżdżali bo przecież Kurdystan taki piękny. Mają rację bo Kurdystan jest przepiękny, a jego mieszkańcy choć biedni to dumni i gościnni.

SONY DSC

Zakochaliśmy się też oboje w kuchni tureckiej, zwłaszcza ev yemekleri czyli tym co na co dzień jada się w domu. Tureckie jedzenie to przecież nie tylko izgara czyli grill i przyrządzane na nim mięso – kebap oraz pide zwane turecką pizzą ale przede wszystkim güveç (dania zapiekane w glinianych naczyniach), kavurma (gulasz), dolma (faszerowane warzywa), sarma (gołąbki) i moje ukochane mantı (pierożki). To gigantyczne ilości zieleniny jaką spożywa się do każdego praktycznie posiłku w ilościach hurtowych. W zależności od regionu i pory roku będą to młode liście szpinaku, sałata rzymska, boćwina, nać pietruszki, liście mięty oraz praktycznie wszystko inne co zielone i nie trujące. Oblane genialną oliwą oraz zjawiskowym wręcz syropem z granatów samo w sobie stanowi ucztę godną tysięcy bogów jacy czczeni byli w Azji Mniejszej od zarania dziejów. Anatolia słynie też ze swoich serów i jogurtów, oliwek i owoców wszelakich. Turcja to też rewelacyjne pieczywo i najlepsi cukiernicy na świecie co zawsze powtarza mój ojciec, sam mistrz cukiernik i to z dziada pradziada.

SONY DSC

Tegoroczna podróż miała być więc uzupełnieniem naszych dotychczasowych wojaży. Turcja jest krajem ogromnym. Zamieszkuje ją ponad 70 milionów ludzi, a z zachodu na wschód rozciąga się na przestrzeni 1600 km. Bogactwo krajobrazu, fauny i flory jest wręcz zdumiewające, a ilość zabytków i miejsc o wielkim znaczeniu historycznym powoduje, że nie ma sobie chyba równych na Ziemi. To na jej terytorium udomowiono pszenicę i odnaleziono pierwsze przejawy aktywności religijnej, to w anatolijskich koloniach greckich Heraklit i Tales tworzyli podwaliny pod współczesną naukę, chrześcijańscy ewangeliści głosili swoje nauki a Cesarstwo Rzymskie mogło przetrwać jeszcze 1000 lat po upadku samego Rzymu. Wreszcie to tutaj narodziło się Imperium Osmańskie, jedno z najpotężniejszych w dziejach. Aby zjeździć całą Turcję, zobaczyć te wszystkie cuda natury i wytwory ludzkiej myśli, trzeba by poświęcić wiele miesięcy. Pierwotny plan zakładał, że prosto ze Stambułu udamy się do antycznych miast: Efezu i Hierapolis położonego nad wapiennymi tarasami Pamukkale, a następnie przez Konyę, miejsce spoczynku poety i mistyka Rumiego mieliśmy udać się na syryjskie pogranicze do położonych w dorzeczu Eufratu i Tygrysu miast Mardin i Urfa. Stamtąd planowaliśmy dostać się do Hatayu czyli dawnej Antiochii skąd mieliśmy polecieć na turecki Cypr Północny, gdzie chcieliśmy najnormalniej w świecie smażyć się na plaży. Jak to w podróży bywa nasze plany po drodze uległy zmianie i tak zamiast do Konyi pojechaliśmy do Diyarbakır, a zamiast na Cypr trafiliśmy na niesławną Riwierę Turecką, która gdy tylko ominie się centra masowej turystyki jest po prostu doskonałym miejscem na wypoczynek. Oferuje bowiem wspaniałe krajobrazy, krystalicznie czyste morze, przepiękne plaże i doskonałe jedzenie – krótko mówiąc la dolce vita.

Zapraszam więc, w imieniu swoim i Ani do lektury naszej tureckiej opowieści. Chętnie odpowiemy na wszelkie pytania, postaramy się rozwiać Wasze wątpliwości. Jeżeli w jakiejś kwestii macie inne zdanie chętnie je poznamy. Jesteśmy też chętni do dyskusji. :)