Syria boom, boom – przez Mardin do Urfy

15/06/2014

W drodze do Urfy odwiedziliśmy baśniowy Mardin. Będzie o pewnym bardzo ważnym włosie, latawcach i pierwszym dowodzie na to, że tuż obok toczy się wojna.

SONY DSC

Mardin położony jest na wzgórzu. Ostatnim wzgórzu. Pudełkowate domki upstrzone spiczastymi minaretami schodzą po nim w dół by zatrzymać się na brzegu. Stojąc ponad dachami Wielkiego Meczetu widać wygiętą w łagodny łuk linię horyzontu oddzielającą jeden bezkres od drugiego. W wąskich uliczkach panuje iście portowa atmosfera podkręcona jeszcze faktem, że w Ulu Camii znajduje się relikwia. To włos z brody Proroka Mahometa. Nad twierdzą górującą nad miastem powiewa olbrzymia turecka flaga, a po jej blankach spacerują żołnierze. Choć piratów tu nie ma do miasta można wjechać dopiero od kilkunastu lat. Dość szybko stało się egzotyczną atrakcją dla Turków korzystających z czasu prosperity. Baśniowa perła rodem z opowieści Szeherazady. Wąskie uliczki wijące się to w dół to w górę, niezliczone schody i wąskie przejścia. Jasny kamień i bezchmurne niebo. Jasności bijąca z każdego zaułka. Chłopcy na dachu meczetu puszczają latawce. Stąd na wschód to już sprawa powszechna. Co chwilę słychać stukanie. Rzemieślnicy wyrabiają tradycyjne, kute naczynia. W oko wpada nam bogato zdobiona cukiernica. W Wielkim Meczecie jakaś rodzina szuka wytchnienia. Siedzą na pokrywających całą salę dywanach. Starsza z córek zasiadła na minbarze i radośnie macha nogami. Nikomu nawet nie przyszło do głowy żeby zwrócić jej uwagę. Przecież to normalne, że gdy nie odbywają się właśnie modły meczet jest miejscem wytchnienia. Zacieniony i cichy pozwala oderwać się od dusznego świata. Pytanie o WŁOS Z BRODY. Nieudolna próba komunikacji, uśmiechy i machanie rękami. Córka uczy się angielskiego, ale wstydzi się nas. Śmieje się i kręci głową gdy baba namawia ją do przyjęcia funkcji tłumacza. Uściski dłoni i serdeczne maşallah. Znów krążymy po uliczkach Starego Mardinu. Przypominające labirynt, geometryczne inskrypcje wykute pismem kufickim doskonale oddają charakter miasta.

Kite runners - Mardin

Po drodze do medresy Zinciriye, z plisowaną kopułą Ulu Camii na pierwszym planie rozpościera się przed nami onieśmielająca panorama. Prawdziwy ocean piachu i traw. Tutaj zaczyna się Nizina Mezopotamska, pas ziemi rozpostarty pomiędzy Tygrysem a Eufratem, który ciągnie się aż do Zatoki Perskiej. Wyżyna Mardin to wyspa u jego północnego krańca. Tak jak cała południowo-wschodnia Turcja i zachodni Iran, to miejsce zderzania się dwóch światów indoeuropejsko-turkijskiego z arabskim. Zresztą nie tylko ludzkich bo tutaj właśnie płyta arabska wbija się w euroazjatyckie podbrzusze tworząc uskok wschodnioanatolijski i irańskie góry Zagros, geologiczną granicą pomiędzy Eurazją a Półwyspem Arabskim. Od niepamiętnych czasów tą ziemię zamieszkują Kurdowie. Naród, który był pierwszą ofiarą uzależnienia się człowieka od ropy naftowej. Traktat pokojowy z Sèvres podpisany w 1920 roku będący gwoździem do trumny Imperium Osmańskiego zakładał nawet utworzenie niezależnego Kurdystanu. Odkrycie złóż ropy w północnym Iraku spowodowało jednak, że 3 lata później, w rewidującym go Traktacie z Lozanny o niezależnym Kurdystanie nie było już mowy. Tereny roponośne wpadły w ręce francuskie i brytyjskie jako terytorium mandatowe Ligi Narodów. Pozostała część znalazła się w granicach Turcji. Obecnie blisko połowa wszystkich Kurdów wciąż mieszka w tym kraju stanowiąc 18% jego populacji.

SONY DSC

Na odjeżdżający o 17:30 autobus do Urfy nie ma już biletów. Możemy jechać dopiero o 22:30. To by znaczyło, że na miejsce dotrzemy po drugiej. Szukamy więc alternatywy. Pojawia się pomysł podróży autostopem. Chcemy dojechać dolmuşem do położonego przy głównej trasie Kızıltepe by tam próbować łapać okazję. Nie chcemy spędzić kolejnego dnia w Mardinie. Głodni wrażeń chcemy dalej. Biegnie za nami pracownik kompanii autobusowej. Ma propozycje. Nie ma już miejsc do Urfy, ale tym samym autobusem możemy dojechać do miejscowości znajdującej się w 2/3 drogi skąd dojedziemy do celu dolmuşem. Chwila narady i przystajemy na ten plan, na pewno pewniejszy od wieczornego łapania stopa. Zdążyliśmy jeszcze kupić przekąski na drogę i za kilkanaście minut siedzieliśmy już w autokarze mającym zawieść nas do Viranşehir. Gdy już dotarliśmy na miejscu okazał się, że jesteśmy w przysłowiowej kropce. Tego wieczoru nie ma już połączeń do Urfy. Wieść o parze turystów, którzy wysiedli z jadącego tam autobusu i pytają się o połączenie dalej do Urfy szybko rozeszła się po otogarze. Nie wiedzieć kiedy siedzieliśmy już na kanapie w jednym z biur ze szklaneczkami gorącej herbaty w rękach. Nasz pulchny, niezbyt wysoki gospodarz szczerzył radośnie zęby spod bujnych wąsisk. Młody mężczyzna, mniej więcej w naszym wieku siedział przy komputerze. Okazało się, że to informatyk wezwany do reanimacji Windowsa. Niestety żaden z naszych towarzyszy nie mówił po angielsku. Na pomoc wezwano więc czekającego na swoje połączenie Syryjczyka. Ten w interesach był nawet w Korei Południowej o czym nie omieszkał nas poinformować pokazując wizę i pieczątki w paszporcie. Mimo tego, że jakby nie patrzeć światowy człowiek to w języku Szekspira znał raptem kilka słów. Jedyne co zrozumieliśmy na pewno to Syria boom, boom, któremu towarzyszyło okazanie namacalnych dowodów wojny. Blizny po ranach postrzałowych, jak wytatuowane różowe kwiaty zdobiły prawy bok mężczyzny. Czas płynął na kolejnych próbach nawiązania komunikacji werbalnej, a my wciąż zastanawialiśmy się co dalej z nami będzie. W biurze pojawił się mówiący po angielsku, sporych rozmiarów Turek.
– Jesteście głodni, chcielibyście coś zjeść?
– Nie, dziękujemy. Nie jesteśmy głodni – chóralnie odmówiliśmy.
– Ja płacę!
– Nie, dzięki. Na prawdę nie jesteśmy głodni.
Popsuliśmy mu szyki. Kogucik stroszący piórka przed kolegami. Typowy cwaniaczek. Nie lubimy takich typów. Musieliśmy jednak być dla niego mili. To on miał być naszą ostatnią deską ratunku. Wykonał kilka telefonów. Okazało się, że za jakieś dwie godziny, przez Viranşehir będzie przejeżdżał autobus do Urfy. Zatrzyma się by nas zabrać. Uratowani! To oznaczało, że do celu dotrzemy sporo przed północą. Kogucik próbował wkraść się w nasze łaski i zaimponować nam historiami o lubieżnych, pijanych Rosjankach masowo okupujących hotele jego rodzinnej Antalyi. Woleliśmy jednak towarzystwo naszego dobrodusznego gospodarza więc rozmowa najzwyczajniej w świecie nie kleiła się. Uff… Poszedł sobie. Informatyk kończył właśnie pracę.
– Czym się zajmujecie? – zapytał mnie poprawną angielszczyzną.
Lekko zdziwiony zacząłem odpowiadać, gdy zorientowałem się, że kompletnie nie rozumie co do niego mówię. Dotarło do mnie, że pewnie skorzystał z Google Translate. Jak to dobrze, że w końcu udało mu się naprawić komputer. Komunikacja stała się prostsza choć wciąż ograniczała się do pytań o stan cywilny, ilość dzieci, pracę i czy Turcja nam się podoba. Oczywiście, że nam się podoba, jesteśmy tu przecież po raz kolejny!

Mardin

PS. W marcu bieżącego roku rząd turecki ogłosił zamiar restauracji twierdzy Mardin i otwarcie jej dla zwiedzających. Historia jej potęgi sięga 3000 lat wstecz. Zwana jest Orlim Gniazdem i nigdy nie została zdobyta. Nie padła nawet pod naporem niezwyciężonego Tamerlana. Prace mają rozpocząć się jeszcze w tym roku, gdy tylko wojsko opuści jej teren. Od 60 lat znajduje się tam stacja radarowa NATO. Wygląda na to, że do Mardinu trzeba będzie wrócić.