Stąpając po smoczej skórze – Pamukkale

31/05/2014

O tym jak powstają zdjęcia na rosyjskie portale społecznościowe, jakimi prawami rządzą się dolmuşe i o tym, że czasem warto dać się złapać pierwszej okazji.

Pamukkale

Na szczęście gdy pociąg dojeżdżał już do Denizli przestało padać. Otogar oddalony jest od stacji kolejowej o parę kroków, więc po upływie nie więcej jak 15 minut siedzieliśmy już, a raczej Ania siedziała, a ja stałem w minibusie pędzącym do małego miasteczka o nazwie Bawełniany Zamek (tur. pamuk – bawełna i kale – zamek). Osada położona jest u stóp bajkowych, wapiennych tarasów, nad którymi starożytni zbudowali sobie kurort – uzdrowisko Hierapolis. Dolmuş bo tak zwie się tutaj środek lokomocji, którym właśnie podróżowaliśmy to najpopularniejsza metoda przemieszczania się na krótkich dystansach. Żeby podróż odbyła się bez zbędnych frustracji należy pamiętać o prawidłach rządzących tym wynalazkiem. Dolmuş, mimo tego że oficjalnie kieruje się rozkładem jazdy odjedzie jak tylko wszystkie miejsca zostaną zajęte, a jeżeli nie zostaną to ruszy pewnie trochę po czasie wlekąc się w żółwim tempie aż kierowca uzna, że pojazd wystarczająco się zapełnił. Wyjechania z miasta może trwać dłużej niż właściwa podróż. Na szczęście, w tym przypadku pojazd był pełny i wyruszył zaraz po tym jak się do niego załadowaliśmy. Z dolmuşa wysiedliśmy w samym środku miasteczka, gdzie praktycznie od razu powitało nas jowialne:
– Proszę przyjść do mój hotel, pokój za 50 lirów!
– Dzięki, idziemy się rozejrzeć. Rekonesans zajął nam dłuższą chwilę i mimo że warunki oferowane przez niezliczone pensjonaty były całkiem niezłe to nikomu nie udało się zbliżyć do kwoty podanej przez pierwszego oferenta. Przeczuwając najgorsze (bo coś chyba za tanio) udaliśmy się z powrotem do hotelu „Artemis”. Na recepcji powitał nas czarnoskóry młodzieniec. Miłe zaskoczenie i pierwsze plus dla właściciela, za odwagę, bo w Turcji nie często widuje się imigranta z Afryki pracującego na pierwszej linii.
– Dzień dobry, podobno macie wolne dwójki w dobrej cenie – zagadnąłem.
– Tak, oczywiście – potwierdził recepcjonista szczerząc się serdecznie od ucha do ucha.
– Czy możemy zobaczyć pokój?
Chłopak przeleciał wzrokiem po kwadratowych półeczkach z kluczami wskazując palcem kolejne rzędy. Złapał się za brodę w geście zamyślenia po czym nonszalancko zawinął jeden z nich, wyszedł zza kontuaru i przyjaznym gestem wskazał żeby iść za nim. Przy drzwiach na patio zamachał do fotokomórki i znów prawie nas oślepił swym uśmiechem. Drzwi otworzyły się, a on poprowadził nas na pierwsze piętro by pokazać pokój. Pokój jak pokój, jego czasy świetności już dawno minęły ale był czysty, miał dość obszerną łazienkę, duże łóżko i balkon wychodzący na wspomniane już patio… Z basenem. W drodze powrotnej zapytałem o cenę.
– Normalnie ten pokój kosztuje 90 lirów – odrzekł. – Razem ze śniadaniem, ale nie ma dużo gości to niech będzie 70. Ze śniadaniem! – podkreślił z tym swoim rozbrajającym uśmiechem.
– Mówisz 70? Wcześniej spotkaliśmy tu takiego eleganckiego pana w białej koszuli, który oferował nam pokój za 50.
– W białej koszuli? – zapytał skonsternowany.
– W jakiejś takiej jasnej.
– Może w niebieskiej? To musiał być mój szef. W takim razie to z nim musicie rozmawiać.
Gdy wróciliśmy do lobby, chłopak zniknął na chwilę w szklanym pomieszczeniu obok recepcji. Po chwili zamaszystym krokiem wyszedł z niego elegancki Turek w średnim wieku. Faktycznie w niebieskiej koszuli. Zdecydowanym gestem podał mi rękę na powitanie.
– Witam w moim hotelu – powiedział – 50 lirów za pokój, tak mówiłem i tak będzie – dodał już prawie szeptem, uśmiechnął się serdecznie, pożegnał i zniknął w swoim szklanym pokoju. Resztę formalności załatwiliśmy już z recepcjonistą, który poprosił żeby pieniądze położyć za kontuarem tak by kręcący się klienci nie widzieli ile płacimy. Wzięliśmy klucz i zadowoleni z właśnie co ubitego interesu udaliśmy się do naszego tymczasowego gniazdka. Oboje marzyliśmy już tylko o prysznicu. Rano obudził nas śpiew ptaków zamieszkujących korony drzew okalających patio. Na śniadanie poszliśmy rześcy i wypoczęci. Kac po wieczornym, lokalnym, czerwonym winie był praktycznie nieodczuwalny. Najedliśmy się więc do syta, spakowaliśmy bagaże, zostawiliśmy je w składziku obok recepcji i udaliśmy się na zwiedzanie.

Pamukkale

Tym razem spaliśmy normalnie więc nie byliśmy już pierwszymi zwiedzającymi. Na szczęście od strony miasteczka do tarasów zmierzało niewiele osób. Do głównych atrakcji prowadzą dwie drogi. Jedna od góry, przez ruiny Hierapolis i druga od strony miasteczka po grobli będącej ludzkim dziełem. Tą pierwszą przybywają grupy zorganizowane, tą drugą nie. Choć co drugi dom w Pamukkale to pensjonat, to nie ma tam dużych hoteli mogących pomieścić zawartość tych wszystkich autokarów. Idąc od tej strony można mieć jeszcze jakąś mleczną sadzawkę tylko dla siebie. Woda w nich jest przyjemnie ciepła, a dno pokrywa biała maź. Pierwsze skojarzenie – gładź gipsowa. Krocząc niczym czaple staraliśmy się uniknąć upadku bo dno śliskie i zdradliwe. Poza miejscami pokrytymi wspomnianym białym szlamem powierzchnia skał jest tępa i chropowata nawet mimo wciąż spływającej po nich wody. Ani od razu skojarzyła się ze skórą smoka. Im wyżej wchodziliśmy tym gęściej zaczynało się robić.

Fun In Pamukkale

Na początku natknęliśmy się na harcowników w postaci co bardziej „zwariowanych” osobników, którym chciało się „tyle iść”. Potem zaczęły się pojawiać nadobne niewiasty pragnące pozować do zdjęć bez mistrzów drugiego planu. Warto dodać, że w większości rosyjskojęzyczne, podobnie jak największe tablice informujące o wszelkiej maści zakazach. Gdy dotarliśmy już na samą górę zalał nas potok ludzi. Powstrzymywany magiczną barierą w pewnym momencie zatrzymywał się i kręcił w kółko jak trzmiel próbujący przebić się przez szybę. Przedostaliśmy się jakoś na drugą stronę i po chwili znów mogliśmy napawać się ciszą i spokojem. A to w muzeum zajmującym Wielkie Łaźnie, a to w Nekropoli, nawet w Teatrze Rzymskim nie było tłoczno. Agora, niegdyś tętniące życiem serce miasta, pusta! Tarasy po drugiej stronie miasta, puste! Akurat te ostatnie z konieczności.

Russian Social Networks - Pamukkale

Od lat 60. XX wieku na wzgórzach ponad Pamukkale budowano coraz więcej hoteli i ośrodków spa. Pobierały one wodę ze źródeł, które przez tysiące lat tworzyły trawertyny, czyli wapienne skały formujące owe niecodzienne tarasy. Trawertyny zaczęły wysychać i czernieć. Skały zaczęły umierać. Wyschnięte i sczerniałe już nie wyglądały tak pięknie. Nakazano wyburzenie hoteli, teren ogłoszono Parkiem Narodowym Hierapolis-Pamukkale, ktoś w końcu poszedł po rozum do głowy. Niestety zbyt późno, niektóre zmiany są już nieodwracalne. Na szczęście choć część udało się uratować. Teraz gdy nie można się w nich kąpać to już mniejsza atrakcja bo jak to tak tylko oglądać? Mimo wszystko wciąż przybywa tu ogromna ilość turystów, a miasteczko jest bazą wypadową do zwiedzania kilku innych atrakcji starożytnej Frygii i centrum paralotniarskim, krótko mówiąc jednym z tych miejsc gdzie zadbano o drenaż portfela. Aby do niego wrócić, znów musieliśmy przebić się przez tłum, spotykając po drodze znajomego nam Japończyka. Kiwnęliśmy do siebie głowami, a ja znów zadałem sobie pytanie – gdzie jego bagaż? Na głównym trakcie ludzi zrobiło się jakby trochę mniej. Większość udała się na położony wśród ruin Hierapolis basen, przy którym i my na chwilę zagościliśmy w poszukiwaniu strawy dla naszego wygłodniałego ciała. Padło na gözleme czyli cieniutkie placki nadziewane (w tym przypadku), nie czym innym jak peynirem, szpinakiem i świeżą miętą – znów ta kombinacja! Wracając rozprawialiśmy jeszcze o dziwnych, stadnych zachowaniach rodzaju ludzkiego i oczywiście o Rosjanach. A samo Pamukkale? Co tu dużo gadać – po prostu bajka.

Hierapolis