Nazca – rysunki z kosmosu

17/01/2013

SONY DSC

Do niewielkiego, zapyziałego, pustynnego Nazca dotarliśmy wcześnie rano. Od razu kupiliśmy bilety na dalszą podróż do Arequipa, zostawiliśmy bagaże w biurze naszej firmy autobusowej i taksówką udaliśmy się na lotnisko. Nazca słynie z dwóch rzeczy – z gigantycznych rysunków i linii wytyczonych na pustyni oraz z tego, że poza tymi starożytnymi artefaktami nie ma tam absolutnie nic. Jako, że rysunki mierzą po kilkadziesiąt metrów, jedynym sensownym sposobem obejrzenia ich jest skorzystanie z usług jednej z mikro linii lotniczych, rezydujących na lokalnym lotnisku, niewiele większym od aeroklubowgo w podlubelskim Radawcu. Jedyną różnicą jest betonowy pas startowy i coś co przypomina wierzę kontroli lotów. W niedużym budynku znajduje się poczekalnia i stanowiska konkurujących ze sobą linii lotniczych. Niestety konkurencja polega w tym przypadku na tym jak zdoić „gringo” wciskając mu kit. Na szczęście byliśmy do tego przygotowani teoretycznie i poszło nam całkiem zgrabnie. Do czasu, gdy na płycie lotniska okazało się z naszej „prywatnej” Cessny, w której mieliśmy być tylko my dwaj i piloci, zrobiła się Cessna 4 osobowa. Na szczęście nie robiło to żadnej różnicy w możliwości podziwiania gigantycznych rysunków, a dało nam jeszcze możliwość krótkich pertraktacji z pilotem, który w ramach zadośćuczynienia zobowiązał się dodać do punktu programu jeszcze parę dodatkowych pozycji. Skorzystała na tym także dwójka Kanadyjczyków, która znalazła się z nami w samolocie.

Sam lot odbył się bardzo przyjemnie, choć momentami żałowałem, że jednak nie wziąłem aviomarinu. Gdy pilot ostro przechylał maszynę z jednego boku na drugi, tak aby wszyscy pasażerowie dokładnie mogli obejrzeć każdą figurę, parę razy mnie przytkało. Na szczęście pomogło szybkie: wdech, wydech i parę łyków wody. Same rysunki robią ogromne wrażenie, jednak pod warunkiem, że ma się świadomość rozmiarów i podstawową wiedzę historyczną. Sam rozmiar jest dość ciężko ocenić z wysokości, gdyż w pustynnym krajobrazie brakuje punktów odniesienia, który uzmysłowiłyby skalę przedsięwzięcia. Na szczęście obok kilku rysunków przebiega droga Panamericana i ona daje pewne pojęcie o skali. Oprócz rysunków, starożytni stworzyli też system podziemnych akweduktów do których dostać się można przy pomocy spiralnych studni, które także mogliśmy zobaczyć z lotu ptaka. Po miękkim lądowaniu udaliśmy się z powrotem do centrum Nazca, gdzie czekało nas kilkugodzinne oczekiwanie na autobus do Arequipa. Czas wypełniliśmy popijając piwko, a ja skusiłem się także na menu obiadowe. Na przystawkę zamówiłem Ocopa, czyli plastry gotowanych ziemniaków z zielonym, kremowym, sosem na bazie twarożku i huacatay (andyjska przyprawa przypominająca w smaku mieszankę kolendry i mięty) i jajkiem na twardo, na drugie grillowaną ćwiartkę kurczaka z ryżem i nieodzownym plastrem gotowanego ziemniaka. Po 17tej zapakowaliśmy się do autobusu i wyruszyliśmy do Arequipa, drugiego, największego miasta Peru, położonego już w Andach, w otoczeniu ośnieżonych wulkanów.