Lwów – piękne miasto pięknych ludzi

21/05/2014

O tym co nas z Anią urzekło we Lwowie, mieście które pozytywnie nas zaskoczyło, przede wszystkim mieszkańcami i tym jak oswajają swoją rzeczywistość.

SONY DSC

Na lubelski dworzec autobusowy dotarliśmy sporo po 10. Okazało się, że autobusy do Lwowa jeżdżą tak jak jak jeździły – o 11:00 i 13:00. To dobrze, bo już snułem w głowie plany alternatywnego dostania się na Ukrainę. Ostatni raz korzystałem z tego środka lokomocji ładnych 10 lat temu i trochę nie wiedziałem czego się mamy spodziewać. Wtedy był to rozpadający się rzęch z przerdzewiałą podłogą, przez którą było widać umykającą szosę. Miło zaskoczył nas widok całkiem schludnego, nie tak starego autokaru za kierownicą, którego urzędował przemiły, uśmiechnięty szofer. Zapakowaliśmy więc nasze plecaki do luku, zagnieździliśmy się w dogodnym miejscu i wyruszyliśmy w naszą kolejną podróż do Turcji. Wszystko przebiegło bardzo sprawnie, bez problemów na granicy. Pod lwowską operą wysiedliśmy zgodnie z planem i raźnym krokiem pomaszerowaliśmy na Stare Miasto w poszukiwaniu hostelu. Szybko zainstalowaliśmy się w pierwszym napotkanym, którego nazwę pamiętałem z internetowego rekonesansu, odświeżyliśmy się i zatopiliśmy w gąszczu lwowskich uliczek.

Autobus do Lwowa

Lwów to piękne miasto pięknych ludzi – na tym stwierdzeniu mógłbym w zasadzie zakończyć jego opis choć im bardziej zapuszczaliśmy się w głąb staromiejskich uliczek, tym większy smutek nas ogarniał. Poziom dewastacji przepięknych lwowskich kamienic jest ogromny i mimo tego, że sukcesywnie prowadzone są prace restauratorskie jeszcze wiele lat upłynie nim miasto odzyska swój dawny blask. Tym większa szkoda, że wielu nie uda się już pewnie uratować. Przeżarte przez grzyb, napuchnięte wilgocią wyglądają jakby w pionie trzymały je już tylko zaklęcia. Lwowianie, choć niezamożni próbują jakoś okiełznać tę postępującą entropię i przy okazji poprawić swój los. Miasto usiane jest wszelakiej maści przejawami drobnej inicjatywy zarobkowej. Ot choćby mały samochód dostawczy z paką przerobioną na ekspres do kawy, którego nie powstydziłyby się mediolańskie kawiarnie, stoi sobie przy pętli trolejbusowej nieopodal pięknego skądinąd gmachu Uniwersytetu Lwowskiego. W samym rynku takich inicjatyw jest kilka – znów pojawia się kawa, tym razem parzona w tygielkach, na turecką modłę, przez młodego jegomościa w fezie. Zaskakuje też publiczne pianino pomalowane w narodowe barwy, na noc przykrywane wielkim pokrowcem.

Let's play - Lviv

Przez cały dzień, aż do późnego wieczora ktoś tam na nim grał. Raz lepiej, raz gorzej, ale nigdy strasznie. Czasem dołączył jeszcze ktoś ze swym instrumentem i kapelusz szedł w ruch wśród zgromadzonych gapiów. Takich ulicznych grajków jest zresztą we Lwowie bez liku i przyznać trzeba, że grają wyśmienicie. Ukraińcy to zdecydowanie muzykalny naród czemu dają upust także w niezliczonych knajpkach, gdzie donośne śpiewy nie są niczym dziwnym. Podkreślić należy „śpiewy” bo to nie pijackie beczenie. Zresztą lwowskie lokale to temat rzeka, praktycznie wszystkie na jakie trafiliśmy w centrum miasta zrobione są gustownie i z pomysłem. Czasem przy pomocy dość skromnych środków udało się właścicielom osiągnąć wręcz zdumiewające efekty jak choćby w położonej nieco na uboczu uroczej knajpce o polskiej nazwie „Chleb i wino” gdzie przysiedliśmy na kolację. Naszą uwagę przykuły nawet tak prozaiczne elementy jak stara żeliwna spłuczka zdobiona wolnomularskimi motywami czy natynkowa instalacja elektryczna wijąca się pomiędzy i oplatająca trzymające ją ceramiczne, staroświeckie izolatory w kształcie grzybków. Jako, że czasu nie mieliśmy zbyt wiele zwiedzanie ograniczyliśmy do włóczenia się po staromiejskich uliczkach. Ze wszystkich usytuowanych tam zabytków wybrałem jeden, który najbardziej utkwił mi w pamięci z poprzednich wizyt we Lwowie i który koniecznie chciałem pokazać Ani. Mowa o katedrze ormiańskiej, która wciśnięta pomiędzy kamieniczki skrywa się przed nieuważnym spacerowiczem. Gdy w końcu odnaleźliśmy wejście i przestąpiliśmy próg wessała nas do swego wnętrza. Jak po przejściu przez magiczne drzwi na chwilę znaleźliśmy się w innym świecie. Wschodnie malowidła oraz dwunastoboczny bęben wspierający kopułę natychmiast przywiodły na myśl ormiańskie kościoły jakie widzieliśmy podczas naszej poprzedniej podróży po wschodniej Turcji. Chyba oboje poczuliśmy wtedy ten dreszcz podniecenia jaki towarzyszy świadomości, że niebawem marzenia staną się rzeczywistością.

SONY DSC SONY DSC

Nazajutrz czasu nie mieliśmy zbyt wiele. Rano zasiedliśmy w ogródku jednego z lokali na ulicy przy której znajdował się nasz hostel. Zamówiliśmy obfite śniadanie, kawę i ładowaliśmy baterie w porannym słońcu. Kolejną dobę mieliśmy przecież spędzić w podróży, która zaczęła się w lwowskim trolejbusie. Idąc na przystanek pod uniwersytetem powiedziałem Ani, że pewna rzecz może ją w tymże pojeździe zaskoczyć. Jak to jednak czasem bywa to ja zostałem zaskoczony przez zastaną rzeczywistość bowiem z lwowskich trolejbusów zniknęły prowadnice. Były to panie, które siedząc na podwyższeniu, niczym królowa na tronie, sprzedawały bilety. Władczynie komunikacji miejskiej dbające o równomierne rozmieszczenie spoconego tłumu. Teraz bilety kupuje się w automatach na przystanku lub u kierowcy. Na szczęście kasowniki jeszcze się ostały starodawne i zamiast drukować coś na bilecie robią w nim dziury i to tylko wtedy gdy użyje się odpowiednio dużo siły. W ogóle trolejbusy stały się dla mnie swoistym symbolem przemian jakie zaszły od mojej poprzedniej wizyty. To nic, że zamykające się drzwi wydają dźwięki jakby ktoś kowalskim młotem walił, że resory już dawno zapomniały o swojej funkcji, ważne że miły dla ucha kobiecy głos anonsuje kolejne przystanki i to w dwóch językach: ukraińskim i angielskim. Miasto zdecydowanie traci swój sowiecki charakter i odzyskuje swój własny. Kilkunastominutowa podróż tym wehikułem tylko częściowo wyrwanym z poprzedniej epoki zawiodła nas pod gmach lwowskiego lotniska. Muszę przyznać, że ta radziecka budowla z wejściem otoczonym kolumnami wprawiła nas w osłupienie. Czegoś takiego się nie spodziewaliśmy, oczekiwaliśmy raczej blaszanego kurnika w stylu wczesnego Okęcia lub krakowskich Balic z początku wieku. Jakże byliśmy rozczarowani gdy okazało się, że wszystkie operacje lotnicze odbywają się z nowego terminala, który skryty za budynkami technicznymi i bujnymi drzewami przyczaił się z boku kilkadziesiąt metrów dalej. Kolejna, obok trolejbusowych zapowiedzi i doskonałej drogi z granicy w Rawie Ruskiej, spuścizna Euro 2012. Sam terminal nowoczesny i przestronny. Wręcz za przestronny jak na ilość ruchu jaką obsługuje. Odprawa przebiegła gładko i nawet z butelką wody mineralnej nas przepuścili. Zrobiliśmy jeszcze drobne zakupy w sklepie wolnocłowym gdzie ilość obsługi zdecydowanie przewyższała ilość klientów, a następnie zasiedliśmy w barze gdzie w towarzystwie tureckich biznesmenów pożegnaliśmy Lwów Białym Lwem – doskonałym, lokalnym, białym piwem.

SONY DSC