La Aventura Colombiana Loca, czyli długa droga do domu. Cz. II

27/01/2015

O tym jak to Ola z Mariuszem zmagali się z kilometrami Autostrady Panamerykańskiej, kolumbijską partyzantką i przede wszystkim czasem. Część II i ostatnia.

1-1.pierwsza blokada

Nariño i Cauca – dwa departamenty w zachodniej Kolumbii, które poznaliśmy pod hasłem „niebezpieczne”. Główną gałęzią przemysłu w obu okręgach jest rolnictwo. Na tych terenach hodowana jest kawa, trzcina cukrowa oraz bawełna. To tam najintensywniej odczuwano strajk farmerów, z którym borykał się rząd kolumbijski (przyp. bunt przeciwko rządowi kolumbijskiemu, który importował większość towarów z zagranicy, zaniżając tym samym ceny tych lokalnych; szczególnie uderzyło to w farmerów, którzy otrzymywali coraz niższe stawki za swoje produkty). Wciąż znajdowaliśmy się w Pasto, stolicy Nariño, gdzie przy pomocy policji i Kolumbijskiego Czerwonego Krzyża próbowaliśmy zorganizować sobie transport do Popayan – miasta w departamencie Cauca, z którego mieliśmy większe prawdopodobieństwo kontynuowania podróży.

Dzień wcześniej z zaznajomioną policjantką Mariusz uzgodnił strategię dalszego działania. Zdecydowaliśmy się wynająć dwóch motocyklistów, którzy zawieźliby nas do Popayan. Był to nieliczny i jedyny osiągalny dla nas finansowo transport. W okolicy dworca koczowało ich wielu. Kobieta przywołała jednego z nich, Estabana. Po ustaleniu ceny umówiliśmy się na następny dzień. Wraz ze swoim kolegą miał nas odebrać ze schroniska, w którym wylądowaliśmy na noc. Policjantka zapewniła nas, że przekaże sprawę innemu funkcjonariuszowi, gdyż ona skończy już służbę. Poradziła, żebyśmy poinformowali kogoś z Polski o naszym przedsięwzięciu i podali namiary w obie strony – policji w Kolumbii i osobom w Polsce, które w razie potrzeby lub jakiegoś nieoczekiwanego zwrotu akcji poinformują ambasadę.

Poranek w schronisku upłynął bardzo intensywnie. My sami byliśmy podekscytowani przygodą i jednocześnie pełni obaw przed czyhającą na nas niewiadomą. Wszystkie napływające do nas informacje, nie były na sto procent pewne. Tyle dobrego, że policja i KCK stanęli na wysokości zadania i tak jak obiecali, dopilnowali wszystkich wcześniejszych ustaleń. Przy bramie schroniska pojawił się radiowóz i Estaban wraz z kolegą na motorach. Podczas, gdy policja sprawdzała stan techniczny motorów oraz sylwetki właścicieli, przedstawiciel KCK spisał dokładnie nasze dane. Okazało się, że motor kolegi Estabana nie jest w za dobrym stanie technicznym i nie pozwolono mu, aby brał udział w akcji „pomóż Gringo dotrzeć do Popayan”. :)

3-3.Protestujacy przy 1 blokadzie

Podążając za radą policjantki i naszych opiekunów z KCK, wysłaliśmy smsa z danymi personalnymi Estabana do Pawła, by w razie konieczności trzymał rękę na pulsie i działał dalej, jeżeli coś po drodze nam się stanie. Każdy dookoła powtarzał nam: „bo to Cauca, tam jest niebezpiecznie, tam strzelają, tam FARC rządzi w górach, a nie wojsko”. Cóż… Żadna inna opcja nie wchodziła w grę. Około 10 rano podziękowaliśmy za pomoc i zapakowaliśmy się z plecakami na motory. Myśleliśmy, że pomimo ostrzeżeń, uda nam się gładko przedrzeć przez blokady. Ledwo wyjechaliśmy na przedmieścia Pasto, zatrzymała nas blokada numer 1. Znany nam obraz: palące się opony, kamienie, druty kolczaste i belki. Kolumbijczycy z zamaskowanymi twarzami, dzierżący pokaźnych rozmiarów kije w dłoniach. No puede pasar. Nadie. (hiszp. nikt nie może przejść). Od razu uderzyliśmy do blokujących, tłumacząc im naszą sytuację. Twardo obstawali przy tym, że nikogo teraz nie przepuszczą, że musimy czekać i wspierać ich protest. Colaborar con nosotros. To wyrażenie mocno wryło nam się w pamięć, padało niezliczoną ilość razy podczas konwersacji. To wymóg współpracy, który musieliśmy spełnić. A współpraca oznaczała tyle, co „dajcie pieniądze, posiedźcie tu z nami godzinę, aż podniesiemy szlaban; pokażcie, że wspieracie protest i nas”. Usiedliśmy zatem na krawężniku i czekaliśmy. Trwało to około 40 minut. Pokręciłam się trochę z jednej strony drogi na drugą szukając chłodu i cienia, Mariusz rozmawiał z Estabanem o sytuacji w Kolumbii. Chłopak wiele razy zaznaczał, że boi się wjeżdżać do okręgu Cauca ze względu na partyzantkę. Parę dni temu udało się mu ledwo tamtędy przejechać. Był sam, nie miał żadnego pasażera, więc ułatwiało mu to przeprawę. Inaczej mogłaby się powtórzyć sytuacja sprzed Pasto, gdzie pobito motocyklistę, który transportował ludzi. Według protestujących to zdrada i brak współpracy. Po to blokują Panamericanę, aby żadnej możliwości przejazdu nie było. Aby Kolumbia stała.

2-1.2. pierwsza blokada

W pewnym momencie z drugiej strony nadeszła grupa turystów, która również chciała przejść. Strażnicy blokady stanowczo odmawiali możliwości przejścia. Tamci zaproponowali, że zapłacą. Śpiewając. :) I zaśpiewali, a raczej zarapowali coś na temat strajku, rozładowując tym samym atmosferę i przepuszczono ich dalej. Po chwili i nam zezwolono przekroczyć „magiczną strefę”. Otrzymaliśmy jednak ostrzeżenie, że na kolejnej blokadzie możemy mieć już poważne problemy z przejściem. Nie tracąc wiary, wskoczyliśmy na motory i ruszyliśmy naprzód.

Kask miałam z uszkodzoną szybką, powietrze mocno smagało mnie po twarzy, ale nie powstrzymywało mnie to przed podziwianiem otaczających nas widoków. Przemierzaliśmy Andy. Na motorach. Wow! – myślałam sobie, zapominając w jak trudnej sytuacji się znajdujemy. Krajobraz zmieniał się w miarę, jak się wspinaliśmy w górę. Im wyżej, tym zielona dżungla, która pokrywała góry, zmieniała się w krzaki, brunatny żwir i skały. Kiedy zjeżdżaliśmy z przełęczy, zachodziła sytuacja odwrotna i znów wjeżdżaliśmy w soczyście zieloną Kolumbię.

Niestety po kilkudziesięciu kilometrach ponownie zostaliśmy zmuszeni przerwać podróż. Na drodze kolejny szlaban. Kolejny raz tłumaczenie, dokąd jedziemy i dlaczego musimy przejść. Niezmiennie w rozmowie padało zaczarowane colaborar. Tu mieliśmy wybór – albo w ramach współpracy spuścimy benzynę z baku motoru, albo czekamy dwie godziny, do czasu kiedy będziemy mogli przejść. Benzyna okazała się cennym towarem przetargowym, gdyż przez unieruchomioną Panamericanę, mieszkańcy zostali pozbawieni jej stałych dostaw, co im samym utrudniało przemieszczanie się, dowożenie żywności itp. Obawialiśmy się, że nie wystarczy nam paliwa na dalszą drogę. Czas płynął, więc tak naprawdę nie pozostało nic innego, jak tylko zgodzić się na postawione warunki i upuścić bezpieczną ilość.

Po czynnościach kolaboracyjnych usłyszeliśmy, że nie mamy co iść dalej, ponieważ tam na pewno nas nie przepuszczą. Ręce nam już opadały od słuchania i mówienia przy każdym szlabanie tego samego. Cwani Kolumbijczycy. Najpierw zagrabili nam paliwo, dopiero potem podpowiedzieli, jak ma się sytuacja i jak mamy się zachować z drugiej strony blokady. Poradzili nam, żebyśmy przeszli pieszo ten kawałek, a nasi kierowcy niech pojadą przodem i zaczekają na nas kilkadziesiąt metrów dalej. Problem z drugiej strony polegał na tym, że motocyklistów z pasażerami nie puszczano w myśl idei o współpracy. Przyznam, że rozbrajało nas to, jak jedna grupa ostrzegała przed drugą. Dzięki temu wiedzieliśmy mniej więcej, czego mamy się spodziewać. Uczyniliśmy tak, jak nam poradzono i znów przemierzaliśmy andyjskie przełęcze, aż do blokady numer 3.

Trójka znajdowała się w połowie drogi do Popayan (dystans, który mieliśmy do pokonania ponad 200 kilometrów). Tuż przed nią minęliśmy wojsko uposażone w opancerzone pojazdy. Zezwolono nam na wjazd na własną odpowiedzialność. Nie wyglądało to dobrze. Tłumy wystraszonych ludzi wędrowały pomiędzy wioskami. Mówili sobie nawzajem, ze tam nikt nie przejdzie i jest bardzo niebezpiecznie. Estaban wraz z kolegą powoli zaczęli wycofywać się z interesu. Bali się jechać dalej i narażać się. „Bo to Cauca”. Nam też nie było za wesoło. Otoczenie wyglądało bardzo groźnie. Znaleźliśmy się w samym epicentrum strajku, gdzie zamaskowani chłopcy z krótkofalówkami rzucali hasła o dowództwie i niebezpieczeństwie jakie nam grozi. Niestety wpłynęło to na naszych kierowców, którzy zdecydowali się zawrócić do Pasto. My nie mogliśmy. Zostało półtora dnia do wylotu z Bogoty. Przy rozliczeniu za transport powstały pewne niejasności. Estaban zaczął kombinować, ale Mariusz nie popuścił i szybko wyliczył ile jesteśmy im winni.

7-protestujacy.zrodlo money.pl

Powyższe zdjęcie pochodzi z serwisu money.pl

Od początku nie chcieliśmy ujawniać, że mamy jakąś gotówkę przy sobie. Wypytaliśmy, czy w pobliżu jest jakikolwiek bankomat. Najbliższy znajdował się około 20 kilometrów. Musieliśmy się rozdzielić. Mariusz pojechał wraz z Estabanem wybrać pieniądze. Zostałam z drugim chłopakiem nieopodal blokady, próbując konwersować swoim kulawym hiszpańsko-portugalskim. Nasze rozmówki zostały przerwane w momencie, gdy obskoczyła nas grupa „młodych gniewnych”. Siedzieliśmy na poboczu, więc gdy stanęli nad nami z zakrytymi twarzami, agresywnie wypytując, co tu robimy – oblał mnie zimny pot. Sytuacja zaogniła się i jeszcze bardziej nas wystraszyli, gdy zażądali przeszukania plecaków. Mariusza nie było, mój towarzysz trząsł się z przerażenia, ja ledwo się powstrzymywałam. Uśmiechałam się tylko i tłumaczyłam, że musimy poczekać na mojego chłopaka, bo ja dobrze nie mówię po hiszpańsku. Modliłam się, żeby Mariusz już wrócił i żeby nie zabrali się do szperania w naszych plecakach, gdzie mieliśmy wszystkie cenne rzeczy (aparat, telefony, dokumenty). Na szczęście nie uczepili się mnie z agresją, tylko potraktowali jako atrakcję. Ot co, blond dziewczę w kolumbijskiej wiosce.

9-zamaskowani. zrodlo money.pl

Powyższe zdjęcie pochodzi z serwisu money.pl

Odczułam ulgę, gdy dojrzałam mojego Gringo na horyzoncie. Mariusz zapłacił za transport, Estaban z kolegą odjechał, a my zostaliśmy przy blokadzie. Negocjacje trwały. Z minuty na minutę otrzymywaliśmy sprzeczne informacje, co do możliwości przejścia. Rozmawialiśmy z różnymi ludźmi, którzy sami do końca nie byli pewni, kto nimi dowodzi. Jeden chciał być ważniejszy od drugiego. Na chwilę odetchnęliśmy, gdy starszy Kolumbijczyk oznajmił, że nas przeprowadzi. Wydawało się, że mężczyzna sprawował znaczącą funkcję w tamtejszej grupie. Nie było jednak tak, jak myśleliśmy. Po kilkudziesięciu metrach od szlabanu, na drogę wyskoczyła wyżej wspomniana grupa młodych gniewnych. Agresywnie pytali, kto nas przepuścił, pokrzykiwali, że nie mamy prawa przejść. Starszy mężczyzna odpuścił i potulnie poddał się ich rozkazom. Mariusz wspinał się na wyżyny swoich zdolności negocjacyjnych i perswazyjnych. Zbijał argument za argumentem, tłumacząc dlaczego musimy w trybie natychmiastowym wyruszyć dalej. Widziałam, że się denerwuje, że i Jemu głos zaczyna drżeć. Pokazaliśmy bilety, mając nadzieję, że to coś da. Niestety bezskutecznie. Nikt nie może przejść. Nie pamiętam, ile trwała cała rozmowa, na pewno bardzo długo. W końcu młody gniewny chłopak, z którym negocjował Mariusz, i który widocznie był liderem grupy, oznajmił, że przedstawi naszą sytuację dowództwu i zobaczy, co może zrobić. Wskazano nam miejsce, w którym mogliśmy czekać na jego powrót. Oboje czuliśmy się bardzo niepewnie i zagrożeni. Nerwowo liczyliśmy godziny pozostałe do wylotu i przy niemalże każdym rozwiązaniu byliśmy skazani na porażkę. Rozprawialiśmy, co ewentualnie jeszcze możemy zrobić. Iść przez góry dzikimi ścieżkami? Iść bezpośrednio do osławionego dowództwa i uparcie tłumaczyć, że muszą nas puścić? Czy czekać cierpliwie? Naszego zapału do dalszej drogi nie gasiły groźby i ostrzeżenia o tym, że w poprzednich dniach doszło do starć z wojskiem, że padały strzały, że zdarzały się ofiary śmiertelne. Nawet helikopter wojskowy, który monitorował sytuację, latając nad naszymi głowami, kiedy uzgadnialiśmy plan działania. Scena jak z filmu sensacyjnego. :) Spoczęliśmy przy miejscowym sklepiku, wraz z grupą mieszkańców wioski. Chwilę tego fałszywego spokoju zakłócił podział maczetą połowy świni, która została dostarczona do rąk Los Farmeros. Szybko rozprawiono się z zadaniem. W ramach dziwnej rozrywki, nakręcaliśmy się, że mięso ma trafić w góry, do partyzantki 😉

Po jakimś czasie zagadał do nas jeden z obecnych tam mężczyzn. Podpowiedział, którędy możemy przejść, by ominąć główną drogę i dotrzeć do drugiej strony blokady, gdzie możemy poprosić o możliwość przejścia. Skorzystaliśmy z rady i podążając za wskazówkami dotarliśmy do serca wioski. Miałam wrażenie, że życie się tam zatrzymało. Ludzie skupieni w grupach i dziwna cisza, jakby czekali na sygnał. To samo odczucie towarzyszyło nam, gdy tylko przekroczyliśmy granicę i trafiliśmy do pierwszej wioski. Zamaskowani i uzbrojeni w drewniane pale. Pozdrawialiśmy wszystkich niepewnie.

Ciśnienie znów nam się podniosło, gdy naskoczyło na nas kilku chłopaków z pytaniem o telefony komórkowe. Kazali nam wyjąć z nich karty sim i baterie, w obawie o możliwość podsłuchu lub namierzenia. Mogła to być tylko zabawa w straszenie, ale my niekoniecznie byliśmy w stanie ocenić sytuację, więc posłusznie poddaliśmy się żądaniu. Kiedy zbliżaliśmy się do drugiej strony blokady, naszym oczom ukazała się spalona ciężarówka z naczepą – ślad po wcześniejszych starciach. Wszystkie te obrazy uświadamiały nam, że znajdujemy się w niezłym piekiełku. Zaraz za nią zarysowały się sylwetki młodych gniewnych. Denerwowałam się bardzo, gdyż wyrazili totalną dezaprobatę wobec naszego uporu i nieźle się wkurzyli. Lider, z którym Mariusz wcześniej pertraktował, wydarł się, że przecież mieliśmy czekać na jego powrót. Ponownie tłumaczyliśmy, że nie możemy tkwić tutaj bez końca, bo naprawdę mamy bardzo mało czasu a przed nami jeszcze jakieś 800 kilometrów do pokonania. Próbując się z nimi jakoś bratać, opowiadaliśmy, że w Polsce podobny strajk również miał miejsce i rozumiemy sytuację, w której oni aktualnie się znajdują. Utwierdzaliśmy ich w przekonaniu, że całkowicie wspieramy, to co robią. Chłopcy wyluzowali się i odsłonili twarze. Lider wytłumaczył sobie i innym, że nie jesteśmy Kolumbijczykami i protest nas nie dotyczy, więc z tego powodu zezwoli nam na przejście. W rezultacie chłopcy okazali się bardzo mili, pożegnali się silnym uściskiem dłoni i uśmiechem na twarzy, przestrzegając jednak, żebyśmy nie udzielali informacji o tym, jak jest w miasteczku oraz o tym, że nas puszczono. Na nogach jak z waty postawiłam pierwsze kroki. Udało się pokonać zdecydowanie najtrudniejszą z blokad.

6-wojsko. zrodlo money.pl

Powyższe zdjęcie pochodzi z serwisu money.pl

Zbliżała się noc. Zależało nam na tym, żeby jak najszybciej dostać się do następnego miasteczka El Bordo i wykombinować transport do Popayan. Na nasze szczęście niedługo po tym, jak rozstaliśmy się z młodymi gniewnymi, podjechał do nas motocyklista i zaproponował podwózkę. Zaraz zjawił się następny i już byliśmy w drodze. Po dotarciu do miasteczka wciąż życzyliśmy sobie, żeby pokręcona dobra passa się nas trzymała, jednakowoż przez późną porę mieliśmy problem. Staraliśmy się złapać stopa, ale od pana ze stacji benzynowej dowiedzieliśmy się, że ostatni bus do Popayan dawno odjechał, a ludzie w nocy przez góry nie jeżdżą. Boją się, ponieważ zdarzały się napady, porwania. Proponowałam Mariuszowi, żebyśmy poprosili o pomoc stacjonującą tam policję i wojsko, ale Mariusz był ku temu przeciwny. Jego zdaniem mieli ważniejsze zadania na głowie. Kiedy tak błąkaliśmy się po El Bordo, zaczepił nas jakiś mężczyzna i zapytał dokąd się wybieramy. Zbierał ludzi do swojego auta, żeby za opłatą zawieźć ich do wybranej lokalizacji. Między innymi do Popayan. Zdecydowaliśmy się na tę prywatną taksówkę. W drodze dobrał jeszcze pasażerów, aby interes był opłacalny. Na ile mu się to udało, nie jestem pewna, gdyż zostaliśmy zatrzymani przez policję i w ramach kontroli nasz szofer musiał zapłacić łapówkę. Niestety korupcja w Ameryce Południowej wśród funkcjonariuszy państwowych jest rozpowszechniona i jeśli chce się uniknąć trudności, trzeba zapłacić.

Zmęczenie dawało się we znaki. Próbowałam zasnąć, ale głowa wciąż działała na wysokich obrotach. Gdy tylko wydawało mi się, że odpływam, otrzeźwiały mnie myśli o kilometrach, które pozostały do pokonania. Najważniejsze, że byliśmy już w miarę bezpieczni. Mariusz też się trochę uspokoił.

W Popayan wysiedliśmy przy terminalu autobusowym. Mariusz pobiegł sprawdzić, czy coś uda nam się złapać do Cali – stolicy okręgu Cauca, słynącej w Kolumbii z klinik chirurgii plastycznej. :) Niestety wyjazd z miasta okazał się możliwy dopiero rano. I w tamtej chwili wszystko rozegrało się bardzo szybko. Jakimś cudem zjawił się taksówkarz, który powiedział, że zawiezie nas do Cali za połowę ceny. Miał stamtąd kurs do Popayan i nie chciał wracać na pusto. Niewiele myśląc, wpakowaliśmy się do samochodu. Kierowca jechał bardzo nerwowo i niepewnie. Mieliśmy wrażenie, że nie panuje nad autem. Kiedy mu się przyjrzeliśmy, doszliśmy do wniosku, że jedzie na kokainie i stąd jego nadpobudliwość. Jako, że historia lubi się powtarzać, znów policja zatrzymała samochód, w którym znajdowaliśmy się my. Ukróciła zapędy rajdowe kierowcy, który tak jak poprzedni, musiał zapłacić łapówkę. Zasnęłam na kolanach Mariusza, pomimo tego, że całe ciało podskakiwało mi od nierówności na drodze i szaleńczej jazdy taksówkarza kokainisty.

Do Cali dotarliśmy po 1 w nocy. Obudziłam się, gdy taksówka zatrzymała się przy wejściu na dworzec autobusowy. Istniała duża szansa, że uda nam się dotrzeć na czas do Bogoty. Autobus mieliśmy o 6:00 rano. Wielka radość mnie ogarnęła, gdy okazało się, że na dworcu są prysznice i w końcu możemy się umyć. Śmierdzieliśmy i oblepiał nas zebrany przez kilka dni kurz z Panamericany. Cieszyłam się letnią wodą chyba z godzinę (w ofercie nielimitowany czas kąpieli :) ). Zrobiłam pranie, po czym świeża i pachnąca oczekiwałam na Mariusza, aż On dokona czynności higienicznych.

Nie mogliśmy uwierzyć w to, co się wydarzyło. Mimo pozytywnego obrotu spraw, wciąż nie wyluzowaliśmy się na tyle, żeby mieć pewność, co do dalszej podróży. Ale basta! Ileż można „jechać” na adrenalinie. Zmęczenie wygrało, kiedy zasiedliśmy w szerokich i wygodnych fotelach autokaru do Bogoty. Mieliśmy 12 godzin zawieszenia i odpoczynku. Co jakiś czas podczas podróży otwierałam oczy i podziwiałam soczystą zieleń Kolumbii. Bardzo żałowałam, że byliśmy na tyle zestresowani, że w ogóle nie myśleliśmy o robieniu zdjęć lub też baliśmy się wyjąć aparat. Mariusz miał to szczęście, że spędził w Kolumbii miesiąc ponad pół roku wcześniej i zdołał zwiedzić jej niektóre zakamarki. Przez zaistniałą sytuację mogłam ten kraj podziwiać jedynie będąc ciągle w drodze. :) Mimo to, zapamiętałam Kolumbię jako niebywale urocze miejsce.

5-4. ja i bogota ;)

Do Bogoty dotarliśmy kilka godzin przed wylotem do Limy. Korzystając z pozostałego czasu, udaliśmy się do centrum miasta na ekspresowy obchód, po czym równie ekspresowo złapaliśmy busa na lotnisko. Kiedy już się odprawiliśmy i czekaliśmy na samolot Mariusz wesoło podsumował nasze wcześniejsze plany odnośnie przejechania Kolumbii stopem: „Z hitchhikingu został tylko hiking”. :)