La Aventura Colombiana Loca, czyli długa droga do domu. Cz. I

28/10/2014

O tym jak to Ola z Mariuszem zmagali się z kilometrami Autostrady Panamerykańskiej, kolumbijską partyzantką i przede wszystkim czasem.

01-1.Widok_na_Huaraz

Niedługo razem z Mariuszem wybieramy się w kolejną dłuższą podróż, wypada zatem jakoś rozliczyć się z przeszłością i zamknąć nasze opowieści o Ameryce Południowej wpisem, o tym jak totalnie pokręcony był nasz powrót do Polski. Rzecz rozegrała się rok temu.

Po dwutygodniowym trekkingu w Cordillera Huayhuash zadomowiliśmy się na około miesiąc w Huaraz. Dni wypełnialiśmy włóczeniem się po mieście i okolicy, dzięki czemu wrośliśmy w to miejsce, stając się lokalnymi gringo. Mieliśmy swojego Pana-od-bananów, Pana-od-jajek, bułczane i awokadowe Panie oraz ulubioną piekarnię. To u nich, codziennie zaopatrywaliśmy się w niezbędne produkty. W wynajętym pokoju z łazienką, gdzie notorycznie brakowało ciepłej wody, przygotowywaliśmy się do kolejnej podróży – kierunek Kanada. Ponieważ oboje nie posiadamy biometrycznych paszportów, które umożliwiają w miarę bezproblemowy wjazd na terytorium Kanady konieczne było aplikowanie o wizę. Niestety po dopełnieniu wszelkich formalności, otrzymaliśmy odpowiedź negatywną, prawdopodobnie ze względu na trwający w tym czasie strajk w kanadyjskich ambasadach.

02-3.Parada_Huaraz_

Podjęliśmy decyzję bardzo szybko – zamiast do Kanady wyjedziemy do Norwegii, a z tym wiązał się natychmiastowy powrót do Polski. Portfele wypchane kasą nie były, więc zależało nam na znalezieniu jak najtańszych biletów do Europy. Niestety u nas był to high season, więc i ceny lotów niebotyczne. Długie godziny spędzane w kafejce internetowej przyniosły jako taki efekt. Jedną z dostępnych opcji, na którą po cichu liczyłam, był lot z Bogoty. Pojawiła się szansa, że zaliczymy kawałek Ekwadoru i Kolumbii. Na szczęście Mariusza długo namawiać nie trzeba. Zabukowaliśmy lot Bogota – Lima – Madryt. Po co jechać do, a potem lecieć z Kolumbii z powrotem do Peru? Takie połączenie okazało się korzystniejsze finansowo, a i wrażeń więcej. Poza tym część bagażu zostawiliśmy u naszej znajomej w Limie, a tam mieliśmy kilka godzin przerwy do następnego lotu. Wykombinowaliśmy więc, że wyjdziemy ze strefy tranzytowej, na spokojnie odbierzemy rzeczy i pożegnamy się z Pamelą, Limą i Peru. W podróż do Bogoty wyruszyliśmy 9 dni przed terminem wylotu. Tuż przed wyjazdem rzuciłam do Mariusza: „A może do Bogoty pójdziemy na piechotę?!” Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że tak absurdalne zdanie zadziała jak zaklęcie. :)

Z Huaraz pojechaliśmy do znanego mi już Trujillo skąd późnym wieczorem mieliśmy wyruszyć do Tumbes, miejscowość na północy Peru, z której jest parę kilometrów do przejścia granicznego z Ekwadorem. Niemalże cały dzień spędziliśmy na tamtejszym Plaza de Armas, zaliczając przy okazji paradę z okazji trwającego właśnie festiwalu tańca.

W miarę jak dniało i pokonywaliśmy kolejne kilometry Autostradą Panamerykańską, krajobraz stawał się coraz bardziej tropikalny. Spora część trasy biegła wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. Panamericana w zamierzeniu łączy dwie Ameryki. Biegnie przez większość krajów obu kontynentów, z północy Alaski w USA do południowej części Argentyny. Jedyna wyrwa w drodze to przesmyk Darién pomiędzy Panamą a Kolumbią. Na którymś jej kilometrze znajdowałam się ja przyklejona do autobusowej szyby, rozkoszująca się widokami. Coraz bardziej ściskało mnie w gardle, że niedługo opuścimy Amerykę Południową.

W Peru przebywaliśmy już nielegalnie od około miesiąca. Upłynął termin naszych wiz, a jedyny sposób ich przedłużenia, to wyjazd za granicę i powrót. Nie ma możliwości załatwienia tego na miejscu, w jakimś urzędzie. Na szczęście każdy nielegalnie spędzony dzień to koszt raptem 1$. Opłatę uiszcza się przy wyjeździe lub wylocie z kraju. Przygotowaliśmy się na tę okoliczność, ale panowie w Migraciones Peru liczyli prawdopodobnie na dodatkową, nienotowaną nigdzie opłatę za wbicie pieczątek wyjazdowych, bo nagle przestał im działać system komputerowy. Dostaliśmy kwitek, z którym Mariusz udał się do banku, aby uiścić opłatę za nasz nielegalnie przedłużony pobyt. Po załatwieniu niezbędnych formalności, wskoczyliśmy do busika jadącego w kierunku Aquas Verdes. Przejście graniczne między Peru a Ekwadorem to istny chaos. Oprócz urzędu imigracyjnego, nie zauważyłam żadnej ochrony. Przechodzić z Peru do Ekwadoru można bez końca. Po obu stronach granicy znajduje się targ, gdzie kupić można wszystko. Obowiązujące waluty to używany w Ekwadorze amerykański dolar i peruwiańskie sole. Pokręciliśmy się tam trochę i udaliśmy się po ekwadorskie pieczątki wjazdowe. Szybko i sprawnie, polecam. :)

 

SAMSUNG

Prażące słońce zagoniło nas do znalezienia jakiegoś zacienionego miejsca spoczynkowego. Zaanektowaliśmy więc ławkę w miłym dla oka otoczeniu palm i fontann. Była nam ostoją przez cały dzień. Podróż z granicznego Huaquillas do Quito (stolicy Ekwadoru) znów mieliśmy odbyć nocą. Jest to dobry sposób, jeśli mamy zamiar pokonać duże odległości i chcemy zaoszczędzić na noclegach. Trochę dokuczał nam głód i pragnienie, a że doskonale znaliśmy peruwiański harmonogram pieczenia i sprzedaży bułek, więc gdy wybiła godzina 17:00., udałam się na peruwiańską stronę po wodę i nasze ulubione bułki. :) W końcu nadszedł czas dalszej podróży.

05-5.Granica_Peru_Ekwador

Terminal w Quito jest zaskakująco ładny i nowoczesny. Choć i na nim da się zauważyć typowy latynoski chaos. Na zwiedzanie miasta mieliśmy cały dzień, więc nie za dużo. Niestety nie było mi dane stanąć na równiku. Quito jest od niego oddalone o raptem 40 km i jest drugim po boliwijskim La Paz najwyżej położonym miastem stołecznym na świecie – niemalże 3000 m n.p.m. Wspięliśmy się za to na wzgórze w centrum miasta, z którego rozpościera się widok na całą stolicę Ekwadoru. Aż trudno uwierzyć, że i z jednej i z drugiej strony wzgórza nie widać jej końca. Miasto obfituje w kolonialne zabytki, a jego centrum wyznacza Plaza Mayor, odpowiednik peruwiańskiego Plaza de Armas, przy którym siedzibę ma prezydent. Co ciekawe, miasto ma bardzo dobrze rozwinięta siatkę komunikacyjną opartą na trolejbusach, których stacje zorganizowane są na podobieństwo metra. Nie ma przepychanek, nie ma kto pierwszy ten lepszy. Ludzie ustawiają się w kolejce i czekają, aż wysiadający opuszczą pojazd, po czym spokojnie wchodzą do trolejbusu. Jakoś nie potrafię sobie tego u nas wyobrazić. :)

07-7.Panorama_Quito

Do terminala wróciliśmy ostatnim trolejbusem, jakoś po 22. Zwyczajowo wybraliśmy nocny kurs, tym razem bez przystanków, prosto w stronę Kolumbii do miasteczka Tulcan. Do samej granicy postanowiliśmy udać się oczywiście na piechotę, bo to raptem kilka kilometrów. Po drodze natrafiliśmy na targ, gdzie zakupiliśmy banany do naszego ulubionego śniadania – owsianki. 😀 Żwawym krokiem pokonywaliśmy kolejne metry, witając się z napotkanymi ludźmi. W pewnym momencie zaczepiła nas starsza kobieta, pytała dokąd idziemy. Odpowiedzieliśmy, że do Kolumbii. Lekko zdziwiona, ostrzegawczym tonem odparła, że transport w całej Kolumbii wstrzymany, Panamericana zablokowana, nic nie jeździ z powodu el paro, czyli strajku, który ogarnął cały kraj. Spojrzeliśmy na siebie z niezrozumieniem i niedowierzaniem, za bardzo nic sobie z tego nie robiąc. Nie wiedzieliśmy nic a nic na ten temat, nic nie słyszeliśmy i nic nie czytaliśmy o Kolumbii opanowanej przez el paro. Powoli rzucone przeze mnie zaklęcie zaczęło nabierać realnych kształtów. 😉 Do wylotu zostały dwa dni i tysiąc kilometrów do pokonania, a Kolumbię, przynajmniej częściowo, planowaliśmy pokonać autostopem.

Na uboczu drogi Mariusz ugotował owsiankę z zakupionymi wcześniej pysznymi bananami. Nabraliśmy sił na dalszą drogę. Robiło się coraz cieplej, dreptaliśmy w stronę przejścia granicznego. Na miejscu potwierdziły się informacje podane przez kobietę – Kolumbia stała, nikogo nie wpuszczano. Służby kolumbijskie organizowały transport raczej w celu wywiezienia turystów z kraju, niż ułatwiający im poruszanie się po nim. Kierując się radą urzędnika, udaliśmy się do kolumbijskiego Migraciones z zapytaniem o pozwolenie przekroczenia granicy. Tylko za zgodą kolumbijskiej strony mogliśmy opuścić Ekwador. Poinformowaliśmy o naszej sytuacji i na naszą odpowiedzialność zezwolono nam wejść. Sytuacja wyglądała dość poważnie. Na przejściu granicznym wojsko i grupy interwencyjne z pełnym uzbrojeniem. Kolumbijscy przystojniacy, z bronią, ubrani na czarno, trochę jakby znudzeni zaistniałą sytuacją. Jeden z nich ze słuchawkami na uszach, podrygiwał nawet w rytm muzyki. :) Bienvenidos a Colombia!

Musieliśmy dostać się do najbliższej miejscowości. Plan był taki, że może uda się zorganizować jakiś prywatny transport, wynająć samochód, spróbować jednak autostopu. Trudno jednak było pozostać optymistą w obliczu obrazów, które pojawiały się przed naszymi oczami. Opancerzone wozy wojskowe, policja… Stanęliśmy na poboczu i zaczęliśmy łapać stopa. Dość szybko zatrzymaliśmy samochód, ale jak się później okazało, był to pierwszy i jedyny stop, jaki nam się udało złapać w całej Kolumbii. Kierowca szybko objaśnił nam zaistniałą sytuację i nie wyglądała ona kolorowo. Strajkowali rolnicy protestując przeciwko polityce rządu, który ustalał niskie ceny skupu i zamiast korzystać z krajowych zasobów wszystko sprowadzał z zagranicy. Farmerzy blokowali Panamericanę, urządzali coś w rodzaju wieców, podczas których całe wioski zbierały się i łączyły w buncie.

10-11. W_drodze

Kiedy wysiedliśmy z samochodu, wszystko to o czym mówił kierowca unaoczniło się. Wokół nas powalone drzewa i palące się opony, przejścia zablokowane balami, tłumy Kolumbijczyków z kijami podobnymi do baseballowych w rękach. Zamaskowane twarze. I my, dwójka gringo po środku całego tego dymu, z plecakami, kulturalnie witający się ze wszystkimi. Chcieliśmy być raczej niezauważeni, ale było to niewykonalne. :) Trochę stresu nam towarzyszyło, ale w miarę jak oddalaliśmy się od miasteczka, Panamericana pustoszała, strasząc jedynie powalonymi drzewami, głazami i powyrywanymi barierkami. Nie było żadnej innej alternatywy, jak tylko iść. Co jakiś czas mijały nas motory. Ich posiadacze zwęszyli sposób, jak zarobić kilku tysięcy pesos, pobierając opłatę za transport mieszkańców od jednej blokady do drugiej. Podczas wędrówki natrafiliśmy też na kilka większych grup. Podejrzewam, że mało kto miał okazję podziwiać przyrodę i krajobrazy Kolumbii z takiej perspektywy jak nasza – powoli kilometr za kilometrem, pieszo…

11-10.Mario_wspiera_El_Paro

Zaczynało się ściemniać, nie za bardzo mogliśmy znaleźć miejsce na namiot. Szukaliśmy też jakiegoś sklepu, ale późna zmniejszała tylko nasze szanse. Kończyła nam się woda i zmęczenie dawało się mocno we znaki. Biodra i nogi bolały od ciężaru plecaka, a tu wciąż trzeba było iść. Zobaczyliśmy szyld i z nadzieją skręciliśmy we wskazane miejsce. Niestety nieczynne. Na szczęście sklep znajdował się przy domu, więc zaraz ciekawi właściciele wyszli na zewnątrz, żeby z nami porozmawiać. Niestety nie mieli dla nach zbyt dobrych informacji i zdecydowanie nie polecali by iść dalej. Znaleźliśmy się w regionie opanowanym przez FARC. Dla nich schwytani obcokrajowcy to rozgłos w mediach.

Początkowo FARC pełnił funkcję bojówek Armii Ludowej (hiszp. Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia – Ejército del Pueblo, pol. Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii – Armia Ludowa; tłum. Wikipedia) uważana jest za organizację terrorystyczną, o nieoszacowanych siłach, trudniącą się przemytem i handlem narkotykami, porywaniem turystów i wymuszaniem okupów. Wszystko to odbywa się pod hasłem pomocy najbiedniejszym obywatelom Kolumbii – rolnikom oraz walki z imperializmem.

Adrenalina podniosła nam się jeszcze bardziej. Podziękowaliśmy za pogawędkę i szybszym krokiem ruszyliśmy dalej. Żeby nie rzucać się w oczy, zrezygnowaliśmy z czołówek i wytrzeszczaliśmy oczy, żeby dojrzeć coś w świetle księżyca. Przy kolejnej wiosce krążyło parę samochodów, proponowano nam transport, ale odmawialiśmy. Nie ukrywam, że po prostu baliśmy się. Woleliśmy cicho przemknąć przez to wszystko i w końcu znaleźć jakieś miejsce gdzie będziemy mogli odpocząć. Postanowiliśmy zapukać do jakiegoś domu pod pretekstem napełnienia butelek wodą i jakby niechcący poprosić o kawałek podwórka na rozstawienie namiotu. Tak też uczyniliśmy. Twarze nam zbladły, gdy drzwi otworzył nam chłopak z lekko poobijanym nosem. No ale wygląd przecież nie świadczy o wnętrzu. :) Ten zaraz zaproponował nam nocleg. Dom stał na skarpie, więc pod parterem znajdowało się niewykończone piętro, z betonową podłogą. Bardzo się na to wszystko ucieszyliśmy, bo po całodniowej wędrówce kompletnie nie mieliśmy już siły. W głowie kołowały się myśli: co będzie z nami dalej, jak dotrzemy do Bogoty? Wciąż otrzymywaliśmy sprzeczne informacje co do możliwości transportu i blokad na Panamericanie. Zjedliśmy owsiankę i padliśmy w śpiworach na naszą luksusową podłogę. Tego dnia pokonaliśmy pieszo 50 km.

14-13.Owsiana_z_rana2

Kiedy wyszłam rano na zewnątrz, po prostu zwaliło mnie z nóg. Z przydomowego podwórka rozciągał się malowniczy widok na brunatne góry, u których podnóża płynęła rzeka, a zbocza pokrywały bananowce. Tropikalny klimat, wilgoć w powietrzu, szybko robiło się gorąco – znajdowaliśmy się w zachodniej części Kolumbii, wciąż nie tak daleko od równika, więc w takich okolicznościach przyrody zapowiadała się trudna wędrówka. Ledwo ubraliśmy się, już wszystko się do nas lepiło. Nie chcieliśmy narzucać się właścicielom, więc szybko uwinęliśmy się ze śniadaniem i pakowaniem rzeczy. Jakoś miewałam szczęście do przeróżnych robali w Peru, w Kolumbii też mnie nie oszczędziły. Spod plecaka wyłonił się skorpion. Wstrząsnęło mną to delikatnie, gdyż całą noc plecak miałam na wyciągnięcie ręki. Ale co tam skorpion, przed nami stała wizja kolejnych kilometrów do pokonania.

13-14. Skorpionek

Jakimś cudem musieliśmy się dostać do Pasto – większego miasta w tym rejonie Kolumbii. Gdzieś po drodze dorwaliśmy prywatny transport, samochód dostawczy, który w zabudowanej przyczepie wiózł ludzi do miejscowości Tangua. W miasteczku wojsko i policja na każdym kroku. Nie za bardzo chciano nas puścić dalej. Dogadaliśmy się z jednym z protestujących, że nas przeprowadzi przez blokadę. Liczył na jakąś zapłatę, ale twardo obstawaliśmy przy tym, że nie mamy nic. Kolejne kilometry były coraz trudniejsze, stopy i biodra znów bolały, na zmianę słońce i deszcz, pod górę i z górki.

15-Kolumbijskie_widoki

Przy jakiejś posesji natrafiliśmy na stoisko z domowej roboty ciastem, kanapkami i kawą, które właściciel rozstawił w celach zarobkowych, wykorzystując sytuację i słabości wędrowców. Skusiliśmy się bez wahania. Po 30 km powiedzieliśmy sobie dość. Jeśli nadarzy się okazja, łapiemy jakiś motor i niech nas zawiezie do Pasto. Strajkującym nie podobał się pomysł na tymczasowy biznes. Byliśmy świadkami, jak prawie pobito motocyklistę za podwożenie ludzi. Traktowano to jako obrazę i brak solidarności oraz współpracy.

Zaryzykowaliśmy i skorzystaliśmy z motocyklowego transportu. Poprosiliśmy, żeby dowieziono nas na terminal, gdzie chcieliśmy zorientować się, jaka sytuacja panuje w Kolumbii. Tam kolejny error – nic nie jeździ dalej niż kilkadziesiąt kilometrów od miasta, do następnej blokady. Zaczęło się robić nerwowo. Skorzystaliśmy z kafejki internetowej, w nadziei, że znajdziemy jakiś niedrogi lokalny lot do Bogoty. Niestety. Ponadto okazało się, że znajdujemy się w samym epicentrum el paro, w najbardziej buntującej się części Kolumbii – prowincji Nariño. Cudownie – myśleliśmy.

16-16.Dzień_drugi wędrówki

Nie za bardzo mieliśmy perspektywę na dalszą podróż, a czas płynął. Na noc planowaliśmy znaleźć jakiś hostel, wyspać się i pomyśleć, co robić dalej. Kiedy Mario wiązał swoje trekkingowe buty, zaczepiła nas pani z obsługi i zaproponowała darmowy nocleg w schronisku. Cała ta łapanka, zorganizowana przez kolumbijską policję i lokalne władze, miała na celu pomóc turystom, którzy utknęli w Pasto na czas strajku. W środku dworca znajdował się posterunek policji. Mariusz szybko nawiązał konwersację, aby dowiedzieć się czegoś więcej i nim się obejrzeliśmy, siedzieliśmy w radiowozie, który przewoził nas do wspomnianego wcześniej schroniska. Jak dowiedzieliśmy się po drodze, zbudowane zostało ono na wypadek wybuchu pobliskiego wulkanu. Na miejscu okazało się, że oprócz nas wyłapano 260 osób, w tym 90 Peruwiańczyków. Całkiem pokaźna gromada. Schronisko okazało się być zgrupowaniem drewnianych baraków. Dostaliśmy swój przydział, materac i koce. Opiekę nad akcją sprawował Kolumbijski Czerwony Krzyż. Każdego podróżnego spisywano z imienia i nazwiska, narodowości i danych kontaktowych do osoby, którą należy powiadomić w razie wypadku. Standardowo ugotowaliśmy owsiankę, a na śniadanie dostaliśmy słodką bułkę i dwie puszki tuńczyka od KCK.

17-18.Schronisko

Poprzedniego wieczoru, podczas rozmowy z policjantką, Don Mario (tak zwracała się do Mariusza funkcjonariuszka :) ) dowiedział się, że od znajdującego się w sąsiedniej prowincji Popayan Panamericana jest odblokowana. Stamtąd nie powinniśmy mieć większych problemów z dojazdem do Bogoty. Wciąż nie za bardzo wiedzieliśmy, jak się tam dostać. Jednym z nielicznych rozwiązań było wynajęcie dwóch motorów wraz z chętnymi kierowcami, którzy podejmą się wyzwania przewiezienia nas na odległość 200 km przez zablokowane górskie drogi, gdzie tak naprawdę nie wiadomo, co się dzieje.

18-17.Schronisko_2