Kierunek – Kurdystan!

12/06/2014

Będzie o porozumiewaniu się uśmiechem, urokach podróżowania tureckimi autobusami, kurdyjskiej modzie męskiej i mieście, które wreszcie cieszy się spokojem.

Behind The Walls - Diyarbakir

„Uwaga, grupa! Kierunek – wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja.” My w przeciwieństwie do Maksa byliśmy pewni, że na wschodzie jest cywilizacja… I to jaka i to od jak dawna! Stąd też pomysł aby zamiast do Konyi udać się wprost do Diyarbakır. Konya kusiła nas mauzoleum Rumiego, poety i mistyka islamskiego, jednego z głównych przedstawicieli sufizmu. Niestety była za blisko na całonocną podróż autobusem i za daleko by dotrzeć tam w ciągu dnia. Krótko mówiąc 24 godziny w plecy. Trochę za dużo jak na jedno muzeum, a Kurdystan wzywał nas coraz bardziej. Przed wyjazdem z Pamukkale zrobiłem jeszcze rekonesans w znajdujących się w miasteczku biurach firm przewozowych. W każdej z nich moje pytanie o autobus do Diyarbakır, Urfy lub Mardinu wzbudzało konsternację, która przeradzała się w zakłopotanie gdy systemy komputerowe najpopularniejszych na zachodzie kraju przewoźników pokazywały brak takowego połączenia. Nie pozostało nam nic innego jak zapakować się do dolmuşa i pojechać do Denizli. Gdy tylko pojawiliśmy się na tamtejszym otogarze ze wszystkich okienek zaczęły padać pytania o to gdzie jedziemy. Praktycznie wszyscy chcieli nas wysłać do Kapadocji lub Antalyi. W końcu gdzie indziej mogliby jechać turyści? Tylko dwie firmy oferowały przejazdy do Diyarbakır z czego tylko w jednej znalazły się jeszcze wolne miejsca. Panowie sprzedający bilety byli wprost zachwyceni! Jeden z nich pochodził właśnie z tego miasta więc nie omieszkał przybić z nami „żółwika”, wymienić uprzejmości i dokładnie nas wypytać o to: skąd jesteśmy, jaki jest nasz stan cywilny, czy mamy dzieci i czy podoba nam się w Turcji. Odpowiedzi kolejno wyglądały tak: ben Polonya (tur. jestem z Polski), pokazanie palca z obrączką, no baby i Türkiye çok güzel (tur. Turcja jest przepiękna). Jako że do odjazdu mieliśmy jeszcze kilka godzin udaliśmy się do centrum w poszukiwaniu obiadu, prowiantu na drogę i mokrych chusteczek. Jak to w Turcji wystarczy zejść ze szlaku przemieszczania się turystów, w tym przypadku odejść dwa skrzyżowania od dworca by stać się nie lada ewenementem. W sympatycznej knajpce dostaliśmy do obiadu sałatkę na koszt firmy, pan prażący i sprzedający wszelkiej maści orzeszki był wprost wniebowzięty, że mógł nam pokazać drogę do najbliższej drogerii, a pracujące w niej ekspedientki najpierw patrzyły się na nas jak na UFO, by w końcu przełamać swe lęki i nawiązać z Anią komunikację za pomocą uśmiechów i gestów. W końcu poczuliśmy się jak w TURCJI.

01-IMAG0019

Ponad dwudziestogodzinna podróż autobusem nie różniłaby się zbyt wiele od innych gdyby nie jedno zdarzenie. Tureckie autobusy dalekobieżne zatrzymują się średnio co trzy godziny aby pasażerowie mogli rozprostować kości, zapalić obowiązkowego papierosa, wypić çay i skorzystać z toalety. Taki postój trwa nie więcej niż kwadrans. Na dłużej autobusy zatrzymują się zazwyczaj 2-3 razy, na ogromnych parkingach przeznaczonych praktycznie tylko dla nich. Przy takim parkingu zlokalizowana jest zawsze sporych rozmiarów lokanta czyli rodzaj na wpół samoobsługowej restauracji. Zawsze jest też sklep, w którym można kupić przysłowiowe mydło i powidło. Tutaj wręcz dosłownie! Turecki zwyczaj mówi, że gdy udajemy się do kogoś w gościnę lub wracamy z podróży musimy mieć ze sobą podarki. Takie sklepy stworzone są więc dla zapominalskich. Byliśmy już zdecydowanie bliżej niż dalej. Minęliśmy niewielkie, położone trochę na uboczu miasto Elbistan skąd pochodziła firma przewozowa i załoga naszego pojazdu. Prawie już pusty autobus pędził przez góry południowo-wschodniej Anatolii w kierunku doliny Eufratu gdy nadszedł czas kolejnego postoju. Siedliśmy z Anią na tarasie cierpliwie czekając aż głos z megafonu da sygnał do odjazdu. Ni z tego ni z owego pojawił się przy nas steward i gestem zakomunikował by iść za nim. Zaprowadził nas do restauracji, gdzie kierowca czekał już na nas przy suto zastawionym stole, po środku którego stała ogromna, rozsiewająca wkoło niebiańskie aromaty tava, czyli po naszemu patelnia, a po turecku także nazwa przyrządzanych na niej potraw. Szofer wziął do ręki kawałek chleba, rozdzielił go na pół i pokazał nam jak przy jego pomocy nabierać ociekające sosem warzywa i kawałki baraniny. Nie wiedział wszak, że ten sposób jedzenia opanowaliśmy w Indiach do perfekcji więc nie bacząc na jego wskazówki sprawnie zabraliśmy się do konsumpcji pamiętając by ze wspólnego naczynia nabierać jedzenie tylko prawą ręką i tylko od strony znajdującej się najbliżej nas. Gdy wróciliśmy do autokaru steward usadowił nas na miejscach uważanych za najlepsze, tuż za fotelem kierowcy. Przez przednią szybę, jak w wielkim telewizorze mogliśmy więc podziwiać górskie krajobrazy i drogę wijącą się wzdłuż jezior powstałych za sprawą wielkiego projektu irygacyjnego, który odmienił obraz tureckiej części Mezopotamii. Do położonego nad Tygrysem Diyarbakır dotarliśmy późnym popołudniem. Miasto powitało nas ogromnymi, nowoczesnymi blokowiskami. W tym miejscu po raz pierwszy zawiódł nasz siedmioletni przewodnik. Okazało się, że odległość dzieląca otogar od starej części miasta to blisko 10 km, a nie 2. Na szczęście za pomocą okolicznych mieszkańców zorientowaliśmy się w porę, że coś jest nie tak i resztę drogi pokonaliśmy taksówką. Dworzec, o którym wspomina przewodnik faktycznie znajduje się nieopodal centrum. Sęk w tym, że teraz obsługuje już tylko dolmuşe.

SONY DSC

Diyarbakır uchodzi za nieoficjalną stolicę tureckich Kurdów. To tutaj, w latach 80. zaczęła się ich walka o autonomię. Przez lata miasto było niedostępne dla pragnących je odwiedzić turystów. Obecnie sytuacja powoli się zmienia, choć nie spotkaliśmy ani jednego obcokrajowca. Jeżeli już pojawią się turyści to zazwyczaj Turcy z klasy średniej na wyjazdach zorganizowanych. Ten rejon, także dla nich jest egzotyczny. Miasto słynie z gigantycznych wprost murów miejskich, charakterystycznej architektury i niepowtarzalnej atmosfery. Kultura materialna zdominowana jest wpływami arabskimi, a na ulicach coraz częściej spotkać można mężczyzn ubranych w szarawary, szerokie spodnie z krokiem w kolanach oraz kefiję czyli chustę popularnie zwaną u nas „arafatką”. Wieczorne zwiedzanie ograniczyliśmy do penetracji najbliższych okolic hotelu, dogodnie położonego w samym sercu starego miasta. Gdy nasze żołądki zgodnie stwierdziły, że nadszedł już czas kolacji rozpoczęły się poszukiwania odpowiedniego miejsca. Oboje mieliśmy ochotę na dania typowe dla lokant, czyli raczej coś w sosie i w towarzystwie pilawu. Okazało się, że wszystkie tego typu lokale zamykają się o zmroku. Kolacja na wschodzie to zdecydowanie izgara, czyli dania z rusztu. Na każdym rogu panowie grillują ciğer kebabı, czyli szaszłyki z baraniej wątróbki. Swoje podwoje otwierają też lokale wyspecjalizowane w wieczornych ucztach. Zazwyczaj wygląda to tak, że zamawia się wybrany rodzaj kebaba bo kebab to po prostu danie z rusztu. Może to być na przykład, tak jak w naszym przypadku tavuk şiş czyli szaszłyk z kurczaka i köfte – baranie kotleciki. Płacimy tylko za mięso i zamówione napoje, a cała reszta czyli sałaty i surówki, pieczywo, grillowane warzywa oraz woda są już wliczone w cenę. Wygląda to tak, że gdy tylko złoży się zamówienie, zanim przybędzie główne danie stół zapełnia się przysmakami, które same w sobie mogłyby być pełnoprawnym obiadem. Z brzuchami jak piłki doturlaliśmy się do hotelu i padliśmy spać tak by z samego rana rozpocząć właściwe zwiedzanie. Mimo że liczące przeszło 800 tys. mieszkańców Diyarbakır to drugie największe miasto południowo-wschodniej Anatolii jego starą, otoczoną murami część można obejść wzdłuż i wszerz w kilka godzin. Starych budowli zachowało się niewiele, a resztę stanowią nieskończone uliczki pośród których toczy się codzienne życie. Kobiety wieszają pranie, dzieci grają w piłkę, a starsi panowie popijają çay.

Let's meet - Diyarbakir

Najważniejszym zabytkiem jest kompleks Ulu Camii czyli Wielki Meczet wraz z przylegającymi budynkami. Wybudowany z czarnego bazaltu, przeplatany białym wapieniem jest najstarszym meczetem w całej Mezopotamii. Swój dzisiejszy kształt zawdzięcza Seldżukom, którzy gruntownie go przebudowali w XI w. W tym samym, narzuconym przez geologię stylu wybudowano większość budowli Starego Miasta, m. in. malowniczy karawanseraj czyli zajazd dla karawan, który wciąż pełni funkcję miejsca spotkań. Wypełniony jest kawiarniami, księgarniami i sklepami ze wszelakiej maści drobiazgami. Gwarno w nim i przyjemnie bo dziedziniec zacieniony jest białymi płachtami płótna. Jeszcze w starożytności z czarnego bazaltu powstały także gigantyczne mury miejskie, które ponoć przewyższa tylko chiński Wielki Mur. Z tego samego materiału wybudowano też działające wciąż kościoły: syryjski, ormiański i chaldejski. W tym pierwszym przykuł naszą uwagę obraz Jezusa, który przypominał bardziej pulchnego tureckiego sułtana niż znanego nam brodatego, długowłosego młodzieńca. Co ważne we wszystkich wciąż odbywają się regularne nabożeństwa. Potem udaliśmy się jeszcze do wewnętrznej twierdzy i w drodze powrotnej do hotelu rozprawialiśmy o trudnych losach tureckich Ormian. Przed odebraniem bagaży z portierni postanowiliśmy jeszcze najeść się przed podróżą. W jednej z bocznych uliczek naszą uwagę przykuł lokal z ogromnym piecem, jak to w Turcji opalanym drewnem. Skoro jest piec to musi być i lahmacun! To jeden z naszych tureckich faworytów, cieniutki placek posmarowany mięsno-pomidorowym sosem, w który zazwyczaj zawija się sałatę, pomidory, cebulę i natkę pietruszki skropione sokiem z cytryny. Nie zastanawialiśmy się zbyt długo i weszliśmy do środka. Po chwili siedzieliśmy już przy wielkim oknie obserwując ulicę. Jako że nie do końca byliśmy w stanie dogadać się z obsługą pomoc zaoferował nam jeden z gości. Ten rozpromieniony, lekko zaokrąglony pan o włosach w kolorze ciemny blond na pierwszy rzut oka nie wyglądał na Kurda ani Turka. Był to mieszkający w Diyarbakır Ormianin. Uratował nas przed popełnieniem oczywistej pomyłki. Problem polegał na tym, że nie zdając sobie sprawy z wielkości wypiekanych tu placków chcieliśmy zamówić po jednym na głowę. Nawet pół porcji na osobę okazało się być dla nas aż nadto. Posileni (ale z umiarem!) zabraliśmy z hotelu nasze plecaki i udaliśmy się na küçük otogar (tur. mały dworzec). Na szczęście to ten oddalony o 2 km. Zbliżało się południe, a my jeszcze tego samego dnia chcieliśmy zwiedzić baśniowy Mardin.

Jesus! - Diyarbakir Oh Mary - Diyarbakir