¡Hasta la vista, Peru!

25/07/2013

Ostanie kilka dni wyprawy do Peru i Boliwii. Lima i jej uroki oczami gringo.

SONY DSC

Ławeczki na Larcomar. To chyba najmilsze wspomnienie z Limy. Nic nie robienie, zawieszenie w byciu. Bo to na kogoś czekamy, bo to świat czeka na nas. Fale biją pod stopami, słońce praży. Przyjemny powiew, dar Pacyfiku. Zapach owoców morza i kawa tak międzynarodowa, że aż nieodczuwalna. Błysk szczęścia w oku młodzieńca, któremu właśnie wyszło bezbłędne ollie. Podchodzę i pytam – dlaczego właśnie deskorolka? W odpowiedzi tylko wzruszenie ramionami. Po czasie przysiada się jegomość. Pęk gazet i okulary. Na głowie słomkowy kapelusz. Na ławce obok dwie panie ucięły sobie drzemkę. Od tak po prostu uciąć sobie drzemkę – na ławce, na trawniku odłączyć się od świata. Zatopić się w czerwieni próbującego przebić się przez powieki światła. W upale nietrudno odpłynąć. Przyjemny powiew, kolejny podarek od Pacyfiku. Surferzy, wylegujący się na brudnych plażach w dole czekają na falę, która nie nadchodzi. W tym żarze nawet Ocean śpi.

Larcomar

W końcu przychodzi Mariusz. Mamy gdzie spać. Cath u której nocowaliśmy zaraz po moim przyjeździe do Limy i jej nowy eurochłopak nie mają nic przeciwko kolejnym dwóm gringo w jej mieszkaniu. Zbliża się południe, a my jeszcze nic nie jedliśmy odkąd wysiedliśmy z nocnego autobusu z Huaraz. Jesteśmy brudni, śmierdzimy i mamy zakwasy. Zanim dotrzemy na miejsce postanawiamy więc udać się na wczesny lunch. Jako, że nie miałem jeszcze okazji odwiedzić ulubionej sieciowej restauracji młodych Peruwiańczyków, ich dumy narodowej, nasze kroki kierujemy do Bembosa. Tak jak Burger King w mojej osobistej hierarchii jest po prostu usytuowany na półce wyżej od McDonald’s, tak Bembos ląduje co najmniej dwie półki wyżej od tego pierwszego. Mięso jest świeże i naprawdę czuć że jemy wołowego, dobrze zrobionego kotleta, a nie jakąś papkę, no i bułki też dają radę. Znając poziom południowoamerykańskiej sztuki piekarniczej to naprawdę zaskakujące. Największą jednak zaletą Bembosa jest różnorodność. Nie dość że nasza buła z kotletem może przyjmować przeróżne rozmiary, od mikrych jednogryzowców po gigantyczne mięsne torty, to jeszcze może zawierać różne, także lokalne specjały, jak na przykład smażone zielone banany. Wybranie tego czym właśnie będziemy się opychać zajęło nam dłuższą chwilę. Mariusz poleciał w kierunku największego dostępnego bydlaka z bekonem, serem i warzywami – grande nazywa się tak nie bez podstawy. Ja wybrałem średniego z szynką i ananasem. No i piwo – w Bembosie można kupić piwo! Na koniec jeszcze lodowy deser. Uzupełniwszy kalorie spożytkowane podczas trekkingu udaliśmy się do znajomej nam nory gdzie poczęliśmy integrować się z austriackim paralotniarzem, który aktualnie gościł w sercu naszej znajomej.

SONY DSC

Obudziło mnie walenie do drzwi. Spojrzałem na zegarek – była trzecia nad ranem. Pierwsza myśl – nie obudzili mnie bydlaki! Poszli na imprezę sami, zostawili mnie śpiącego. Świnie! Z trudem podniosłem się z materaca i poczłapałem do drzwi. To był Mariusz. Nie powiem żeby był trzeźwy, ale przynajmniej trzymał się na nogach. Wróciłem do łóżka. Nie dane mi było jednak pospać. Niebawem wróciła reszta ekipy: Cath, Jurgen i dwóch przedstawicieli lokalnej społeczności gejowskiej – przyjaciele naszej gospodyni. Mariusz musiał jednego z nich werbalnie spacyfikować, gdy ten począł czynić w jego kierunki jakieś awanse. Chłopak strzelił rasowego, babskiego focha i bez żenady wparował do pokoju, który zajmowaliśmy z Mariuszem i walnął się na jego materac tuż obok mnie, klnąc pod nosem na mego kompana. Nie wiedzieć czemu obelgi mamrotał po angielsku, choć dość słabo władał tym językiem. W zaistniałej sytuacji poczułem się trochę niepewnie i stwierdziwszy, że i tak już nie zasnę wstałem i dołączyłem do reszty towarzystwa. Poziom krwi w alkoholu był u mnie nieporównywalnie większy niż u pozostałych biesiadników więc szybko nadrobiłem straty przy pomocy ginu z tonikiem. W końcu koło ósmej rano koledzy Cath wyszli, a my spokojni o naszą męskość udaliśmy się na zasłużony spoczynek.

Z łóżek zwlekliśmy się późnym popołudniem, poszliśmy coś zjeść, kupiliśmy trochę alkoholu i pojechaliśmy do Pameli aby odebrać nasze rzeczy. Jako że mój typowo polski gulasz wieprzowy mocno doprawiony kminkiem utkwił jej w pamięci, postanowiła zrewanżować się kulinarnie i zaprosiła nas przy okazji na kolację. Miało być tradycyjne peruwiańskie jedzenie. Jakże byłem rozczarowany gdy dowiedziałem się, że za namową swojej przyjaciółki Karin Pamela postanowiła uraczyć nas swym popisowym spaghetti z sosem bolońskim. Niestety tak jak się spodziewałem z prawdziwym ragù alla bolognese miał on niewiele wspólnego. Po prostu mielona wołowina w pomidorach. Owszem jadalne to było, ale żeby od razu popisowe? Na szczęście, w aspekcie kulinarnym Pamela uratowała ten wieczór podając jako przystawkę gotowane ziemniaki z typowo peruwiańskim sosem huancaina. W końcu dowiedziałem się skąd większość pikantnych sosów ma tu wściekle żółty kolor. Myślałem, że to za sprawą szafranu lub kurkumy. Myliłem się srodze. Do przygotowania tegoż specjału używa się zmiksowanych żółtych, ostrych papryk zwanych tu ají amarillo. To one odpowiadają za kolor sosu, który bazuje na białym, słodkim serze – queso fresco i skondensowanym mleku. Reszta wieczoru upłynęła w miłej atmosferze, mocno podlewanej napojami wyskokowymi. Karin udała się taksówką do domu, a my zalegliśmy spać. Muszę z dumą przyznać, że tym razem w sposób kontrolowany.

Następnego dnia umówieni byliśmy z Claudią, młodą architekt, w miarę typową reprezentantką nielicznej, peruwiańskiej klasy średniej. W planie La Punta i duma wszystkich Peruwiańczyków – cebiche. Z naszą przewodniczką spotkaliśmy się przy wejściu do Castillo de Real Felipe, twierdzy która była ostatnim bastionem Hiszpanów podczas peruwiańskiej wojny wyzwoleńczej i broniła dostępu do portu Callao. Dzisiaj jest to praktycznie rzecz biorąc dzielnica Limy choć oficjalnie jest oddzielnym miastem, a nawet prowincją wydzieloną konstytucyjnie.

SONY DSC

Historycznie był to główny port Wicekrólestwa Peru, założony przez Hiszpanów w 1537 roku, dwa lata po lokacji Limy położonej kilka kilometrów w głąb lądu. La Punta (po hiszpańsku: punkt, czubek, końcówka) to natomiast półwysep połączony wąskim przesmykiem z resztą miasta, najbardziej wysunięty w morze skrawek Callao. Rejon jako taki uchodzi za dość niebezpieczny co zresztą widać było z okna autobusu, którym się przemieszczaliśmy. Zapuszczanie się w ciemne zaułki tego portowego miasta nie jest najlepszym pomysłem nawet za dnia. La Punta natomiast to już zupełnie inna bajka. Przepiękna dziewiętnastowieczna zabudowa wciąż przypomina o tym, że kiedyś mieszkali tu najbogatsi mieszkańcy tego portowego miasta. Obecnie prawie 1/3 półwyspu zajęta jest przez Akademię Marynarki Wojennej, a reszta przez elitarne jachtkluby, trzy popularne plaże i niezliczoną ilość knajpek serwujących owoce morza, w tym wspomniane już cebiche.

SONY DSC

Jest to popularne w całej Ameryce Łacińskiej, pochodzące właśnie z Peru danie, którego bazą jest marynowana w soku z limonki surowa ryba o białym mięsie – najczęściej okoń morski, strzępiel lub sola, doprawiona surową cebulą, chili, solą i pieprzem. Danie najczęściej serwowane jest z gotowanymi plastrami batatów, manioku (yuca), kukurydzą oraz kawałkami mango i ananasa. Ja szarpnąłem się na wypasioną wersję z dodatkiem przeróżnych owoców morza z moimi ulubionymi przegrzebkami na czele. Mariusz z Claudią zamówili natomiast wielki, rodzinny półmisek smażonych w cieście ryb, owoców morza i wodorostów. Muszę szczerze przyznać, że był to absolutnie najlepszy posiłek jaki miałem okazję konsumować podczas tej podróży i nic dziwnego, że rząd peruwiański wpisał to danie na listę dziedzictwa narodowego. Całe to obżarstwo podlaliśmy obficie zimnym piwem po czym przetoczyliśmy się na plażę chwilę odsapnąć. Ponieważ wciąż miałem jeszcze sporo do zobaczenia w Limie, a Claudia okazała się być świetnym kompanem kochającym swoje miasto i sypiącym historyjkami i anegdotkami jak z rękawa umówiliśmy się na następny dzień by wspólnie poszwędać się po południowych, nadmorskich dzielnicach peruwiańskiej stolicy – Barranco i Chorrillos.

SONY DSC

Dzień później spotkaliśmy się z Claudią przy dawnej stacji kolejki miejskiej w Barranco, które podobnie jak położone dalej na południe Chorrillos było kiedyś nadmorskim kurortem limeńskiej arystokracji. Barranco zostawiliśmy sobie na później i pomaszerowaliśmy w kierunku wyznaczającego koniec Chorrillos cypla zwanego Morro Solar. Jest to widoczna z całego wybrzeża Limy, wżynająca się w ocean skała usiana antenami telewizyjnymi, masztami telefonii komórkowej i wszelkiej maści żelastwem z gigantycznym oświetlonym nocą krzyżem na czele. Co ciekawe zbudowany on został z okazji pielgrzymki papieża Jana Pawła II, a jako budulec posłużyły fragmenty wielkich słupów energetycznych, które wysadzone zostały przez partyzantów z maoistowskiej organizacji Świetlisty Szlak. Dywersja dostaw energii elektrycznej do metropolii zamieszkanej przecież przez blisko połowę obywateli Peru była jedną z ulubionych metod walki lewicowej partyzantki. Claudia opowiadała nam o czasach swojego dzieciństwa gdy całe miasto potrafiło być odcięte od prądu przez kilka dni z rzędu. Oprócz krzyża na zboczach Morro Solar znajduje się jeszcze kapliczka poświęcona Marii Dziewicy, planetarium oraz 37mio metrowa Figura Chrystusa Pacyfiku zbudowana na wzór Pomnika Chrystusa Zbawiciela w Rio de Janeiro. Niestety podobnie jak i nasz rodzimy, świebodziński koszmarek jej budowa wzbudziła wiele kontrowersji, głównie ze względu na nachalność samej idei jak i wątpliwą wartość artystyczną tegoż dzieła.

SONY DSC

Trochę dalej na południe, zaraz za cyplem znajduje się zatoczka, z której w morze wcina się skalna platforma. Wygląda to jakby natura postanowiła wybudować nad oceanem taras, który przełamał się pod własnym ciężarem. Od stałego lądu dzieli go kilkumetrowa szczelina nad którą przerzucono niewielki mostek. Miejsce to zwie się El Salto del Fraile, czyli Skok Mnicha i wiąże się z nim romantyczna historia miłosna. Pewien młodzieniec zakochał się ze wzajemnością w córce bogacza. Ta oczywiście zaszła w ciąże, hańbiąc w ten sposób rodzinę. Ojciec zmusił więc młodzieńca aby wstąpił do klasztoru, a swoją córkę postanowił odesłać do Hiszpanii. Młodzieniec z tęsknoty zwykł stawać w tym miejscu i wypatrywać utraconej miłości. Pewnego dnia na przepływającym statku ujrzał przez lunetę swą ukochaną. Ta wydała mu się być tak blisko, że próbując ją objąć spadł z klifu w odmęty oceanu. Słuch wszelaki po nim zaginął. Od tamtej pory miejsce to jest punktem gdzie młodzi mieszkańcy Limy, a także co mniej rozważni przyjezdni próbują udowadniać swą męskość skacząc do wody z tego samego kilkunastometrowego klifu. Tak ja, jak i Mariusz nie musimy nikomu nic udowadniać więc tylko przysiedliśmy tam na chwilę by rozkoszować się tym uroczym miejscem, a następnie udaliśmy się w kierunku Barranco.

SONY DSC

W przeciwieństwie do Chorrillos, które zrównane zostało z ziemią przez wojska chilijskie podczas Wojny o Pacyfik, Barranco zachowało swoją oryginalną architekturę. Jest to malownicza dzielnica bohemy pełna dizajnerskich, psychiatrycznie drogich knajpek, galerii i wszelkich innych przybytków snobizmu. Poszwędaliśmy się po niej chwile. Zrobiliśmy sobie zdjęcia przy Puente de los Suspiros (Most Spojrzeń), który jest tradycyjnym miejscem spotkań zakochanych i pożegnaliśmy się z naszą przewodniczką wcześniej zadbawszy o adres miejsca w którym serwują porządne Pisco sour. Jest to kolejny peruwiański specjał i praktycznie zawsze jako jedno z pierwszych pytań zadawanych cudzoziemcowi w Limie jest: czy próbowałeś już Pisco sour? Receptura może nie jest zbyt zachęcająca za to smak całkiem całkiem. Jest to koktajl na bazie pisco, czyli lokalnego destylatu z winogron z dodatkiem soku z limonki i białka, mocno wytrzęsiony w shakerze z duża ilością lodu. Bardzo orzeźwiający.

SONY DSC

Gdy żegnałem się z Mariuszem na lotnisku ścisnęło mnie w gardle. Nie wiedziałem co powiedzieć. Przez te 31 dni spędzone razem, praktycznie 24 godziny na dobę zdążyliśmy się dobrze poznać i myślę, że zaprzyjaźnić w prawdziwym tego słowa znaczeniu, a teraz rozstawaliśmy się nie wiedząc kiedy znów spotkamy się twarzą w twarz. Gdy siedziałem pod bramką, w hali odlotów czekając aż kolejka do rękawa się w końcu skończy przed moimi oczami co chwilę stawały obrazy z naszej podróży. Nasze kłótnie i wspólne radości, nieuzasadnione pretensje i szczere rozmowy, chwile słabości i momenty gdy je wspólnie pokonywaliśmy. Te wszystkie niesamowite miejsca, które odwiedziliśmy i ludzie których poznaliśmy. Zakończyliśmy tę podróż bogatsi o to wszystko czego doświadczyliśmy bo przecież:

Tylko ten kto straci dech w piersi z powodu małej ilości tlenu na dużej wysokości, kto poczuje w ustach suchość pustynnego powietrza, kto legnie znużony wilgocią i upałem tropików zrozumie jak żyje większość mieszkańców naszego globu.

Sapay Club

SONY DSC

PS. Do tego wpisu zabierałem się od dawna, niestety z różnych powodów ciągle nie mogłem go skończyć. Zainteresowanych przepraszam.