Emanet forbidden, czyli Efez z plecakami

28/05/2014

Z tego wpisu dowiecie się jak zrobić zdjęcie Biblioteki Celsusa bez ani jednego turysty w kadrze, co to jest kaşar i co można obejrzeć w tureckim pociągu.

Efez

Nie bez przyczyny turecki narodowy przewoźnik lotniczy od kilku lat zbiera laury jako najlepsze europejskie linie lotnicze. Szczerze mówiąc chyba jeszcze nie jadłem tak dobrego posiłku w samolocie, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że była to traktowana po macoszemu przez większość linii pora lunchu a i sam lot dość krótki. Lotnisko im. Atatürka czyli główny port lotniczy Stambułu powitało nas gigantyczną kolejką do odprawy paszportowej. Jednocześnie wyładowały się 3 czy 4 samoloty czyli lekko licząc kilkaset osób, a pograniczników dwóch. Dzięki temu przynajmniej na bagaże nie musieliśmy czekać. To one czekały na nas zdjęte z taśmociągu. Zarzuciliśmy więc na ramiona nasze plecaki i udaliśmy się znajomymi ścieżkami na stację metra, które dowiozło nas szybko i wygodnie na główny stambulski dworzec autobusowy. O dworcach zwanych tu otogar jeszcze będzie dużo. O tym powiem teraz tylko tyle, że ze wszystkich jest największy i swoje lata świetności ma już za sobą. Znajduje się tam przeszło setka biur wszelakich przewoźników, dziennie obsługiwane jest tam kilka tysięcy autobusów (sic!) i można się z niego dostać w praktycznie każdy zakątek Turcji. Zresztą nie tylko Turcji. Przy pomocy wszędobylskich naganiaczy dość szybko namierzyliśmy przewoźnika, który zawiezie nas bezpośrednio do niewielkiego Selçuku położonego w egejskiej części Turcji. Nieopodal tego właśnie miasteczka znajdują się ruiny starożytnego Efezu. Miałem okazję zwiedzić to miejsce podczas mojej pierwszej podróży do Turcji dekadę temu, teraz jechaliśmy tam ze względu na Anię i jej zamiłowanie do historii starożytnej, które udało mi się jakoś stłumić podczas naszej pierwszej tureckiej eskapady blisko 6 lat wcześniej. Może i tym razem by się udało gdyby nie fakt, że całkiem niedaleko (jak na tureckie warunki) i do tego po drodze (w pewnym sensie) znajduje się bajkowe Pamukkale, pojawiające się w praktycznie wszystkich rankingach miejsc, które należy zobaczyć zanim zejdzie się ze sceny życia. Młodsi już raczej nie będziemy i do egejskiej części Turcji pewnie nie prędko zawitamy więc postanowiliśmy skorzystać z okazji.

SONY DSC

W autobusie relacji Stambuł-Bodrum oprócz nas był jeszcze jeden turysta – Japończyk. Nie wiedzieć czemu wysiadł w Izmirze choć stewardowi mówił, że wysiada w Selçuku. W ogóle przez moment miałem wrażenie, że on wysiadł tylko na chwilę, a autobus odjechał z jego bagażem w luku zostawiając go na dworcu. Była jakaś 5 rano więc mogło mi się tylko wydawać. Potem w półśnie jeszcze zastanawiałem się jak on odzyska ten swój bagaż. Godzinę później autobus zatrzymał się w alei wysadzanej drzewami pomarańczowymi, a nas poinformowano, że to już cel naszej podróży. Cytrusy owocują tu dwa razy do roku więc gałęzie uginały się pod ciężarem dojrzałych owoców. Egejska wiosna krzyczała do nas zewsząd atakując kolorami i zapachami, a poranne słońce zaczęło grzać wychłodzone klimatyzacją kości. Przeszliśmy na drugą stronę ulicy gdzie znajdował się niewielki dworzec autobusowy. Rozsiedliśmy się w dopiero co otwartej herbaciani gdzie poczęli się schodzić panowie z zawiniątkami z pobliskiej piekarni. Tureckie śniadanie w pełni. Wypiliśmy więc pierwszy w tej podróży çay, czyli mocną turecką herbatę i poczęliśmy snuć plan nadchodzącego dnia. Po pierwsze do otwarcia ruin Efezu mieliśmy jeszcze prawie dwie godziny. Po drugie nie wybraliśmy jeszcze środka lokomocji jakim przemieścimy się do Pamukkale. Na początek rozpytaliśmy się o połączenia autobusowe. Oferta była dość skąpa więc postanowiliśmy udać się na dworzec kolejowy. Po drodze wstąpiliśmy do piekarni gdzie kupiliśmy przepyszne drożdżówki z białym serem (ach ten turecki peynir, niech grecka feta się schowa!) i szpinakiem doprawione świeżą mięta. Ta niebiańska kombinacja smaków będzie nam towarzyszyć przez całą podróż.

SONY DSC

Na niewielkim dworcu stojącym w cieniu ruin akweduktu, ku naszemu zaskoczeniu, zaczęło robić się tłoczono. Selçuk położony jest na trasie kolejowej Izmir-Denizli. To pierwsze miasto jest trzecim, po Stambule i Ankarze, największym miastem Turcji i drugim najważniejszym portem morskim. Metropolia zwana niegdyś Smyrną była bodajże najtragiczniejszym uczestnikiem wojny grecko-tureckiej lat 1919-1922. Nie dość, że dowódca wojsk tureckich, wbrew rozkazom Kemala Atatürka, dokonał pacyfikacji miasta to tydzień później spłonęło ono niemal doszczętnie w wielkim pożarze, o który nawzajem obwiniają się Grecy i Turcy a przy okazji obrywa się też Ormianom, którzy stanowili znaczną część jego populacji. Denizli, mimo nazwy oznaczającej „miasto nad brzegiem morza”, jest położonym w głębi lądu ważnym, regionalnym ośrodkiem gospodarczym i jednym z centrów świetnie prosperującego, tureckiego przemysłu tekstylnego. Gdy od strony Denizli nadjeżdżał już pociąg w sporej kolejce do kasy ustawiali się jeszcze kolejni pasażerowi. W tym całym pośpiechu pewien młody człowiek zauważył, że z czołem niezmąconym zrozumieniem próbuję doczytać się czegoś na tablicy informacyjnej. Angielskiego nie znał zbyt dobrze, w zasadzie znał tylko kilka słów co nie przeszkodziło nam w porozumieniu się i uzyskaniu potrzebnych nam informacji. Chwilę patrzyliśmy jeszcze jak pustoszeje peron i pożegnaliśmy wzrokiem naszego rozmówcę, który na szczęście zdążył jeszcze wcisnąć się do pociągu. W związku z tym, że kontynuować naszą podróż chcieliśmy właśnie tym środkiem lokomocji zaczęliśmy rozglądać się za przechowalnią bagażu. Musi być na dworcu kolejowym – stwierdziłem. Po konsultacji ze słownikiem ustaliliśmy, że po turecku będzie to emanet. Jako że nigdzie tabliczki z takim słowem nie zauważyliśmy zagadnąłem w tym temacie jednego z pracowników stacji. Ten tylko wskazał na srogo wyglądającego, tęgiego zawiadowcę w czerwonej czapce z wielkim lizakiem w ogromnej dłoni i powiedział – chef. Chef zapytany o emanet ze wskazaniem na plecaki odrzekł tylko – emanet forbidden. Trudno się mówi i żyje się dalej. Na szczęście plecaki mieliśmy dość lekkie. Ruiny Efezu położone są niecałe 2 km od centrum Selçuku, który okazał się być bardzo urokliwym miasteczkiem. Góruje nad nim wzgórze Ayasoluk zwieńczone potężną, średniowieczną twierdzą. Znajduje się na nim także miejsce rzekomego pochówku Jana Ewangelisty, nad którym wznoszą się pozostałości bazyliki z czasów bizantyńskich.

SONY DSC

Drodze do Efezu towarzyszy zacieniona alejka dla pieszych, nawet z plecakami jest to bardzo przyjemny, półgodzinny spacer. Pod bramki broniące wstępu na teren wykopalisk dotarliśmy akurat na otwarcie, dokładnie o 8:00. Jako pierwsi zwiedzający tego dnia kupiliśmy dość drogie bilety wstępu i przekroczyliśmy barierę oddzielającą nas od przeszło 3000 lat historii. Gdy tylko wynurzyliśmy się z zacienionej, otoczonej wielkimi drzewami alei naszym oczom ukazał się ogromny, wbity w zbocze Wielki Teatr mogący pomieścić 24 tys. osób. Ze szczytu widowni roztaczał się piękny widok na agorę, ulicę portową oraz Bibliotekę Celsusa – ten ikoniczny zabytek, którego fasada (razem z tarasami Pamukkale i skalnymi grzybami Kapadocji) zdobi prawie wszystkie oferty biur podróży oferujących objazdówki po Turcji. Kto rano wstaje, a w tym wypadku kto nocnym autobusem podróżuje, ten ma możliwość podziwiania tego cudu w ciszy, w pełnej krasie nie zmąconej kapelusikami niemieckich emerytów i kiepskim gustem rosyjskich nuworyszy. W bibliotece natrafiliśmy na parę młodych Chińczyków, którzy robili sobie zdjęcia na tle WSZYSTKIEGO. Bardzo sympatyczni i uśmiechnięci poprosili nas o pomoc w tym trudnym zajęciu, po czym wylewnie dziękowali powtarzanym w kółko – tenkju, tenkju… Agorę zwiedzaliśmy już w ich towarzystwie. Gdy z powrotem dotarliśmy pod fasadę biblioteki pojawiła się tam już pierwsza grupa zorganizowana. Gdy zaczęliśmy przemieszczać się w górę Drogą Kuretów ilość grup zaczęła rosnąć logarytmicznie. Autokary wycieczkowe wypuszczają swoją zawartość przy górnym wejściu na teren wykopalisk, tak aby państwo nie zmęczyli się zbytnio idąc pod górę. Odbierają ich przy dolnym, położonym w miejscu dawnej Bramy Portowej czyli w miejscu, w którym my zaczynaliśmy. Po chwili zboczyliśmy z głównego traktu parę kroków w bok i znów byliśmy sami. Smutne to stadne zwiedzanie. Tysiące osób dziennie jedną ścieżką, ramię w ramię, wręcz po śladach.

SONY DSC

Gdy wróciliśmy w główny potok ludzkiej masy przykleiliśmy się na chwilę do polskiej wycieczki aby posłuchać co tam pilot ma ciekawego do powiedzenia. Okazało się, że niestety niewiele. Pokręciliśmy się jeszcze chwilę po prowadzącej do portu Ulicy Arkadiusza i skierowaliśmy się w kierunku wyjścia. Ku naszemu zaskoczeniu, po drodze spotkaliśmy znanego nam już Japończyka, który wysiadł w Izmirze. Ciekawe gdzie jego bagaż? Wracając do miasteczka zboczyliśmy jeszcze do Artemizjonu. Olbrzymia świątynia ku czci Artemidy była jednym z 7 cudów świata starożytnego. Obecnie ostała się z niej tylko jedna kolumna. Po drodze na stację kolejową kupiliśmy jeszcze gorące tosty z kaşarem (tureckim żółtym serem), młodymi liśćmi szpinaku, pomidorami i cebulą, na które Ania miała chrapkę odkąd zobaczyła je na stambulskim otogarze. Gdy dotarliśmy na dworzec zaczęło padać. Schroniliśmy się więc pod wiatą i zasiedliśmy na ławce w oczekiwaniu na pociąg do Denizli, który zjawił się dokładnie o czasie. Nowoczesne wagony z fotelami lotniczymi i sporą ilością miejsca na nogi gwarantowały, że trzygodzinna podróż z Jonii do Frygii nie będzie zbyt męcząca. Dodatkowo umilały ją górskie widoki za oknem i piękne sceny z filmu „Home S.O.S Ziemia!” na zainstalowanych pod sufitem ekranach. W imieniu swoim i Ani bardzo gorąco zachęcam do obejrzenia. To jeden z filmów, które naprawdę uświadamiają czym jest nasza planeta i jak złożone systemy zależności panują w przyrodzie. To także smutny obraz dewastacji jakiej dokonujemy w wielu zakątkach Ziemi. Film został oficjalnie udostępniony w internecie – http://youtu.be/jqxENMKaeCU

SONY DSC