Do dwóch razy sztuka czyli o tym czego unikać w La Paz

29/07/2013

Opowieść ku przestrodze o oszustwie, rabunku i przewrotności losu. Czyli o tym, że podróże czasem potrafią dać w kość nawet zaprawionemu w bojach trampowi.

SONY DSC

Po raz kolejny pisane mi było zawitać w Boliwii, a właściwie tylko w La Paz. Głównie po to, żeby odświeżyć moją peruwiańską wizę, ale też (oryginalnie) miałem w planie wejście na Illimani, górę leżącą rzut beretem od La Paz i wnoszącą się na wysokości bliską 6500 m npm. Po El Misti postanowiłem jednak już nie kusić losu i grzecznie poczekać w mieście kilka dni, żeby nie wzbudzić podejrzeń pograniczników, że coś się za często kręcę. Potem miałem wrócić równie grzecznie do Limy, żeby powitać Olę na lotnisku. Taki był plan „bis” po korekcie. Jak to jednak często bywa, życie pisze swoje własne scenariusze i potrafi co nieco zaskoczyć. Tym razem tak właśnie było i cała moja sympatia do La Paz prysła już pierwszego dnia. Ale po kolei.

Z Arequipy wyjechałem koło 20tej, tak żeby być na granicy w Desaguadero wcześnie rano, szybko uwinąć się z formalnościami i dotrzeć do La Paz przed południem, gdyż wiedziałem, że tego dnia odbywa się tam fiesta „Gran Poder”. Obawiałem się też, że z tego powodu mogą być problemy ze znalezieniem miejsca w hotelu. Bus dotarł na granicę przed 6tą rano i trzeba było poczekać godzinę na jej otwarcie. W międzyczasie wymieniłem pieniądze, zjadłem „śniadanie” :) – smażony kurczak z ziemniakami i ryżem, a potem czekałem, aż zmniejszy się kolejka do odprawy, wygrzewając się na słońcu. Kolejka jak na złość nie chciała się zmniejszyć – wręcz przeciwnie. Chciał nie chciał po jakiejś półtorej godzinie i ja w niej stanąłem. Po kolejnej półtorej załatwiłem formalności po stronie peruwiańskiej i przeszedłem na boliwijską. Tam kolejka była dużo krótsza, a to za sprawą tego, że jeszcze nie skomputeryzowali procedur. Odprawa więc to tylko przybicie pieczątki w dwóch miejscach, nawet bez sprawdzenia zgodności fotografii z oryginałem.

Kiedy stałem w kolejce, zagadnęła mnie jakaś kobita, tak na oko po czterdziestce, którą później przypadkowo spotkałem idąc w poszukiwaniu busa do La Paz. Znowu się zgadaliśmy. Okazało się, że jest z Arequipy i jedzie do La Paz kupić trochę elektroniki, którą później odsprzedaje z zyskiem po stronie peruwiańskiej. Od słowa do słowa doszliśmy do tego, że zna dobry i tani hostel, ale w El Alto – czyli w tej bardziej niebezpiecznej części miasta. Na moje wątpliwości, szybko odpowiedziała, że to miejsce jest bardzo dobrze zabezpieczone. Jako, że nigdy nie unikam kontaktów z lokalesami, co już wiele razy się opłaciło i tym razem powiedziałem, że mogę zobaczyć ten hostel i jak będzie OK, to tam zostanę, a później razem pójdziemy na fiestę.

Przez całą dwugodzinną podroż gawędziliśmy sobie o rożnych rzeczach – było spoko. Kiedy dojechaliśmy do El Alto, Mary (bo tak jej było na imię) dała sygnał, gdzie trzeba wysiadać. Od razu zaproponowała wzięcie taxi, żeby się nie włóczyć na piechotę. Ledwo ruszyliśmy, zaraz dosiadł się jeszcze jeden facet jadący w tym samym kierunku. Nie wzbudziło to moich podejrzeń, bo tutaj często tak bywa. Za to po chwili taxi znowu się zatrzymało i moja nowa znajoma poinformowała mnie, że to kontrola policyjna. W Boliwii to też jest całkiem normalne. Starają się w ten sposób zapobiegać przemytowi narkotyków. Rzuciłem jej na to, że w Polsce mawiamy, że „nie nosi się drzewa do lasu” i jest to dla mnie śmieszne, bo przecież to właśnie w Boliwii produkuje się narkotyki. Generalnie swobodnie sobie gawędziliśmy, nie przejmując się w ogóle obecnością policjanta (ubranego po cywilu, ale z legitymacją), który sprawdzał kierowcę. Później kazał przesiąść się pasażerowi do tyłu, obok mnie, a sam usiadł z przodu. Ja nadal nieświadomy niczego rozmawiałem z Mary, która cały czas mnie uspakajała, że wszystko jest OK.

Wcześniej pokazała mi zwitek dolarów i teraz mówiła, że policja zwykła sprawdzać również banknoty, czy nie są fałszywe. To już zaczęło przypominać mi historie przekrętów na turystach odwiedzających La Paz. Utwierdziłem się w tym przekonaniu całkowicie, gdy „policjant” zaczął sprawdzać kartę kredytowa pasażera obok, żądając podania również PINu, który ten podyktował. Pasażer ten przedstawił mi się wcześniej jako Ekwadorczyk. Zacząłem się poważnie zastanawiać, jak możne być tak naiwny, żeby podać PIN. Później „policjant” zajął się moją znajomą, pytając, czy ma jakieś dolary. W tym momencie miałem w głowie tylko to, żeby ją ostrzec, że to ustawka, żeby mu nie pokazywała pieniędzy. Ale ona uspakajając mnie w między czasie, podała mu zwitek, który ten obejrzał, a następnie oddał. Przejrzał jeszcze jej torebkę i o dziwo skończył nic nie zabierając. Trochę się zdziwiłem, sam nie martwiąc się o siebie, bo wiedziałem, że nie mam zbyt wiele kasy ani wartościowych rzeczy.

„Policjant” w końcu zabrał się i za mnie. Najpierw zapytał, czy mam dolary, bo musi sprawdzić, czy nie mam fałszywych. Kazał mi pokazać portfel, ale w nim miałem tylko 10€, a w ukrytej przegródce 50€, czego nie zauważył. Do tego kilkadziesiąt bolivianos, które go w ogóle nie zainteresowały. Tylko parsknął, jak to zobaczył i zapytał mnie o karty kredytowe. Tu akurat bylem dość dobrze przygotowany, miałem ich 6 sztuk, z czego tylko 1 prawdziwą. Jak to zobaczył, opadły mu ręce, chciał wiedzieć, której będę używał w Boliwii. Odparłem, że wszystkich. Wybrał jedną, zaczął dyktować jej numer przez telefon, niby podając do weryfikacji i zapytał mnie o PIN. Pomijając fakt, że i tak swoich PINów nie pamiętam, tylko mam je zaszyfrowane, to nawet mi przez głowę nie przeszło, żeby mu go podać. Powiedziałem, że nie mogę mu powiedzieć, że to informacje poufne. On na mnie prawie z krzykiem, że muszę, bo trzeba zweryfikować, a ja mu na to spokojnie, że nie, bo to prywatna rzecz. Znów parsknął i zapytał, czy mam jeszcze jakieś pieniądze. Ja mówiłem, że nie, ale moja koleżanka pokazała, że mam na piersi torebkę pod koszulką, mówiąc żebym pokazał, że wszystko jest OK. Byłem na nią już trochę zły, że mnie tak sprzedała i że jest tak naiwna, że nie czai całej tej ściemy. Pokazałem torebkę z paszportem, kilkoma euro i peruwiańskimi solami. Ten znów parsknął z rozdrażnieniem. Oddal mi ją i zapytał, czy mam aparat. No to ja, że mam, ale jest stary i zniszczony, co zresztą jest prawdą. Żeby się jeszcze czegoś cennego nie doszukał w plecaku, szybko go wyjąłem i pokazałem. Znowu chłop mało się nie rozpłakał. Najwyraźniej miał już dość, ale moja znajoma kazała mi pokazać telefon, o którym jej wcześniej mówiłem i nawet coś tam pokazywałem. Mi z kieszeni wystawał tylko jego róg, więc powiedziałem, że to tylko telefon i w nim na pewno narkotyków nie ma. Po tym „policjant” miał już naprawdę dość, kazał taksówkarzowi się zatrzymać, a mi wysiadać. Ja wciąż byłem jakiś częściowo „ociemniały” i zapytałem co z Mary, martwiąc się, że zabiorą ją gdzieś i już beze mnie jako świadka – okradną. Dopiero jak „policjant” rzucił na odczepnego, że ona jedzie z nimi, bo ma narkotyki, a ona cały czas była uśmiechnięta, dotarło do mnie, że wszyscy byli zamieszani w ten proceder.

Szybko odjechali, zostawiając mnie gdzieś w środku El Alto. Całe szczęście, że wszystko odbywało się koło południa, bo inaczej mógłby to nie być koniec moich niebezpiecznych przygód. Rozpytując ludzi doszedłem w końcu do miejsca, które znałem. Stamtąd złapałem busa do centrum miasta. Jadąc, uspokoiłem się i cieszyłem, że ta lekcja mojej niefrasobliwość skończyła się bez poważniejszych konsekwencji. Gdy teraz to piszę, wszystko wydaje się jasne, oczywiste prawie od samego początku, ale muszę powiedzieć, że moja „znajoma” była naprawdę dobra w tym, co robiła i do samego końca nie podejrzewałem jej o udział w tym całym przedsięwzięciu. Po opuszczeniu busa z trudem przedostałem się przez trwający już pochód na druga stronę miasta do hostelu, który znałem z poprzedniej podroży. Szybko się zameldowałem i skontaktowałem ze znajomą, aby umówić się na fiestę. Zadowolony z siebie i obrotu spraw, spokojnie wyczekiwałem dobrej zabawy w lokalnych klimatach. Ale jak się okazało, jeszcze nie do końca wyczerpałem limit nieszczęścia, czy raczej głupoty na ten dzień.

Na spotkanie przyszedłem (nietypowo jak na mnie) spóźniony o godzinę, a to za sprawa poprzednich wydarzeń, które tak mną zakręciły, że zapomniałem przestawić zegarka z czasu peruwiańskiego na boliwijski. Zawsze w La Paz na imprezy wychodziłem tylko z pieniędzmi, nie biorąc żadnych dokumentów, czy komórek. Tym razem, licząc na to, że pochód i tancerze będą ciekawe, wziąłem swojego Galaxy na okoliczność zrobienia ewentualnych zdjęć bądź filmów. Jakby tego było mało, w kieszeniach został też portfel z boliwijską kasą, 10€, dowodem i prawem jazdy. Jak pisałem, nie przewidywałem żadnych wyskoków, tylko grzecznie spędzić czas w mieście. Spotkałem się ze znajomą, która przyszła z dużą grupą przyjaciół ze studiów. Przez to była trochę zakręcona, niewiele ze mną rozmawiała. Najpierw na kogoś czekaliśmy, potem zaczęliśmy czegoś szukać. Nie bardzo potrafiłem się doprosić jasnej odpowiedzi – o co chodzi, wiec czekałem na rozwój wypadków. Po drodze piliśmy jakieś dziwne mixy alkoholu z soft drinkami, w oczojebnych kolorach. Ani to smakowało, ani kopało, ale jak wszyscy, to wszyscy – nie odmawiałem jak przychodziła moja kolej.

Teraz kilka słów o fieście, a w zasadzie o pochodzie tancerzy. Powiedzmy, że jest to coś na wzór karnawału w Rio, tylko w wydaniu boliwijskim. Ulicami miasta, które są odgrodzone i zasłonięte dla ludzi „z zewnątrz”, przechodzą na przemian grupy muzyków i tancerzy w rożnych, dziwnych strojach. Wzdłuż całej trasy rozstawione są miejsca widokowe: trybuny, podwyższenia z miejscami siedzącymi lub po prostu plastikowe krzesełka ustawione bezpośrednio na poziomie ulicy. Pochód zaczyna się w górnej części miasta, grup jest kilkadziesiąt. Po jakimś czasie domyśliłem się, że szukamy po prostu miejsca, żeby usiąść, alkoholizować się i oglądać pochód. Myślę, że gdybym ja prowadził naszą grupę, to kierując się logiką i zdrowym rozsądkiem, szukałbym czegoś w górnej części miasta, albo jeśli już, to w centralnej i miejsc na podwyższeniu. Niestety moja znajoma zrobiła dokładnie odwrotnie. Wylądowaliśmy (za 10 bolivianos od łebka) na krzesełkach, mając obok podwyższenie z trybunami tak, że nawet nie było widać, czy ktoś nadchodzi. W dodatku miejsca znajdowały się pod koniec całej trasy pochodu. Efekt tego był taki, że muzycy już mało co grali, tancerze ledwo zipieli i nie za bardzo nawet pomagały, ani okrzyki zachęty, ani gwizdy z trybuny. Pomimo, że trasa była zabezpieczona przez rzeszę policjantów, mnóstwo ludzi przemieszczało się po bokach, pod prąd, dodatkowo zasłaniając i tak marne pole widzenia. Rozumiałem, że dla moich znajomych nie była to ani pierwsza, ani ostatnia fiesta, więc bardziej skupili się na piciu i rozmowach. Ja byłem rozczarowany i trochę rozzłoszczony.

Na szczęście powoli alkohol zaczął działać, więc i nerwy puściły. Mój hiszpański się poprawił drastycznie, także i ja zacząłem partycypować w rozmowach i zabawie. Kiedy pochód przemienił się już w totalnie niezorganizowaną żenadę, moi znajomi dali znać, że idziemy do kogoś na imprezę. Ja niby nie planowałem za bardzo przeciągania wieczoru, ale humor dopisywał, a wizja powrotu do zimnego pokoju w hotelu i siedzenia samotnie nie była zachęcająca. Dokupiliśmy alko i trafiliśmy do czyjegoś mieszkania. Okazało się, że był tam straszny deficyt dziewczyn, więc znajome z mojej grupy szybko gdzieś wsiąkły. Natomiast ja z moim już-prawie-perfekcyjnym (w moim mniemaniu) hiszpańskim, bawiłem się świetnie, ucinając sobie super pogawędki z rożnymi ludźmi na bardzo rożne tematy – poczynając od politycznych, przez gospodarcze, kończąc na sportowych i towarzyskich. Czas płynął szybko. Nagle znów pojawiła się moja grupa, co prawda w trochę okrojonym składzie. Rzucili, że idziemy na dicho. Ja już byłem prawie bez boliwijskich pieniędzy, miałem te 10€, ale było za późno, żeby gdzieś je wymienić. Znajomi w ogóle się tym nie przejęli.

Jak tylko dotarliśmy do klub, znowu pojawiły się jakieś dziwne mixy alkoholowe i zabawa trwała w najlepsze. Straciłem trochę poczucie czasu, było wesoło. Wygląda jednak na to, że Boliwijczycy nie potrafią za długo usiedzieć w jednym miejscu. Grupa już naprawdę mocno przetrzebiona zarządziła, że jedziemy na kolejną domówkę. Ja miałem już naprawdę dobrze w czubie, a w takim stanie nigdy nie odmawiam. 😉 Wsiedliśmy więc w taxi i gdzieś pojechaliśmy. Okazało się, że gospodyni jest siostrą jednej z naszych współimprezowiczek, poza tym były jeszcze ze dwie pary i chłopak gospodyni. W zasadzie to było już bardziej dobijanie się alko, niż jakaś sensowna zabawa, czy dyskusja. W dodatku gospodyni ledwo ciepła, zaczęła przybijać do mnie, totalnie olewając swojego chłopaka. Nie dało jej się wytłumaczyć, że mam dziewczynę. Jej chłopak robił, co mógł, żeby ja odciągnąć. Dla mnie sytuacja była głupia, dla jej chłopaka mocno wkurzająca. Gdy w końcu, dzięki Bogu (czy alkoholowi) gospodyni padła, jej chłopak niewiele myśląc, zakończył imprezę.

W zasadzie całe towarzystwo leżało, gdzie się dało, a miejsca było niewiele. Mi natomiast gospodarz dał dość wyraźnie do zrozumienia, że dobrze by było, jakbym już sobie poszedł. Nie to, że niegrzecznie, ale wyraźnie. Pomyślałem sobie ch… ci w d…, dam sobie radę i wyszedłem, a w zasadzie bliższe prawdy będzie jak napiszę – wytoczyłem się. Jakimś cudem namierzyłem swoją pozycję GPSem w telefonie i zacząłem raźno iść zamaszystym krokiem, od czasu do czasu sprawdzając w telefonie, czy idę w dobrym kierunku. Myślę, że to mnie właśnie zgubiło. W pewnym momencie, nagle jak spod ziemi (wszystko było takie rozmazane i szybkie :)) wyrósł przede mną Boliwijczyk, który zaczął się ze mną szarpać. Niby coś próbowałem walczyć, jednak nie wiem, czy dzięki jego wysiłkom, czy temu, że sam się potknąłem, czy interwencji jego kolegi (którego stopy dostrzegłem dopiero później), wylądowałem na chodniku tak – hmm – (nie)szczęśliwie, że straciłem przytomność. Dałem „nie” w nawiasach, bo dzięki takiemu obrotowi sprawy, „walka” szybko się skończyła, „przemili” chłopcy wzięli, co chcieli (czyli portfel i – buuuuu – mojego Galaxy) a potem oddalili się.

Ocknąłem się chyba po chwili, podniosłem na nogi i stwierdziłem braki w dobytku oraz sprawność i kompletność „systemu” na poziomie więcej niż zadowalającym. Ruszyłem więc dalej w kierunku obranym wcześniej. Żeby nie przeciągać tej historii, to napiszę tylko tyle, że nieźle błądziłem. Znalezienie hostelu zajęło mi sporo czasu, ale na szczęście ludzie pytani po drodze nadzwyczaj chętnie, a przy okazji z pewną obawą podpowiadali mi jak mam iść. Nikt też mnie nie zaczepiał. Kiedy doszedłem do hostelu i spojrzałem w lustro, zorientowałem się od razu dlaczego tak było – moja twarz była trochę pokrwawiona i przez to wyglądałem dość groźnie. Po zmyciu krwi okazało się, że to zaledwie kilka drobnych otarć na brodzie i w okolicy czoła. Wszystkie zęby na miejscu, nos cały, ręce, nogi, palce sprawne. Stąd właśnie myślę, że w tym całym nieszczęściu miałem szczęście, że szybko odpłynąłem i chłopcy nie musieli stosować bardziej drastycznych środków, żeby się dobrać do moich skarbów.

Następny dzień odsypiałem zaległości, rozpamiętując jakim fajnym telefonem był mój Galaxy i jakie dane miałem w nim niezabezpieczone i przez to co mogłoby się odbić czkawką. Na kolejne dni byłem jeszcze poumawiany z kolejnymi znajomymi. Niestety nad tym pobytem w La Paz ciążyła jakoś klątwa. A to znajoma, na którą liczyłem, że pokaże mi inną stronę miasta, nie przyszła, bo musiała pracować. Innym razem miałem spróbować „przysmaków” z dżungli tzn. mrówek grillowanych i jakiś dużych, żywych larw, ale znajoma, która rzekomo wiedziała, gdzie to dostać, tylko przewiozła mnie busikami po całym La Paz, żeby na koniec oznajmić, że chyba tutaj tego nie dostaniemy. Po tych niepowodzeniach odpuściłem sobie resztę spotkań, przeczekałem (już naprawdę grzecznie) dwa dni i uderzyłem w drogę powrotną do Limy, mając już w głowie tylko to, że został tydzień do przylotu Oli i żyjąc tylko tym.

Podroż powrotna przebiegła zgodnie z planem. Niestety musiałem przeczekać, po prawie całym dniu w Desaguadero i w Arequipie, tak żeby się zgrać z moimi znajomymi w Limie w celu odebrania pozostawionych rzeczy i kluczy do pokoju. Jako że jechałem na resztkach kasy i musiałem liczyć dosłownie każdy sol to w pewnym momencie przeżyłem kolejną chwilę grozy. Siedziałem sobie i spisywałem te moje myśli nieuczesane, czekając na autobus z granicy do Arequipy o 20tej. Tuż przed 19tą skapnąłem się, że nie przestawiłem zegarka na czas peruwiański i wpadłem w panikę, że to już 20ta i mój bus właśnie odjeżdża (a bilet już był kupiony i tym sposobem nie starczyłoby mi kasy na dotarcie do Limy). Na szczęście szybko mi wyjaśniono, że teraz cofamy czas i jest dopiero 18ta. Dzięki temu miałem jeszcze dwie godziny na pozbycie się adrenaliny, która natychmiast wydzieliła mi się w dużej ilości. Ehh – a mówią, że podróże to sama przyjemność ;).

Na koniec kilka ciekawostek boliwijskich zauważonych podczas ostatniej wizyty:

  • Kino – przy jego drzwiach stoi policjant, a na chodniku, na wprost wejścia rozłożył się sprzedawca z pirackimi filmami m. in. tymi, które właśnie są wyświetlane w kinie.
  • W oczekiwaniu na busik ludzie ustawiają się w długie (czasem ok. 50cio metrowe), piękne kolejki. Jednak widziałem sytuacje, że 10m przed taką kolejka jacyś ludzie zamachali na busa, a ten jak gdyby nigdy nic zatrzymał się i ich zabrał, po czym dopiero po tym podjechał do kolejki.
  • Na ulicy można spotkać policjanta, którego rolą jest ręczne przełączanie sygnalizacji świetlnej.
  • Można spotkać też policjanta, który patrzy na sygnalizacje świetlną gwizdkiem daje znać kierowcom, że światła się zmieniają.
  • Na środku parady widziałem żonę bijącą podpitego męża, którą z trudem udało się pohamować dwóm policjantom.
  • W Boliwii regularnie odbywają się walki cholitas czyli gosposi wiejskich w tradycyjnych spódnicach i splecionych z tyłu warkoczach. Walki są autentyczne i nie mają w sobie nic z pokazówki typu amerykańskie WWF.
  • Na ulicy można spotkać sprzedawczynie rożnych dupereli, którym się przysnęło i trzeba je najpierw dobudzić, żeby coś u nich kupić.
  • La Paz to prawie dwumilionowe miasto, które nie posiada żadnego transportu publicznego/miejskiego, a rozwożeniem ludzi zajmują się setki małych, prywatnych busików, których właściciele zapewne nawet nie wiedza co to jest katalizator i do czego służy i strasznie smrodzą spalinami.